piątek, 11 października 2013

(Nie)dobrana para?

Cóż to?
Lato się skończyło już niestety, ale na koniec do słoików popakowałam co się dało: od jabłek, przez gruszki, maliny, truskawki, po dynię czy banany. Wszystko w formie bardziej, bądź mniej dżemowej. Znalazł się w tym wszystkim też arbuz w postaci bardziej płynnej, czy chociażby kiwi jako mus. Co tylko udało mi się złapać, czy wymyślić, to lądowało w słoiku. I to było naprawdę wszystko :) Jeden z takich pomysłów zostanie tu opisany dokładniej - ten zdecydowanie polecam spróbować. Widać go na zdjęciu obok - cóż to może być?

arbuz | maliny | kiwi | śliwki
winogrona | dynia | banany | wiśnie 
jabłka | gruszki | truskawki | czerwona porzeczka

Dżem jabłkowo-ogórkowy z miętą.

Składniki: 
1 kg ogórków polnych 
1 kg jabłek
1 szklanka cukru trzcinowego
1 cytryna 
świeża mięta
żelfix






Przygotowanie:

Ogórki obieramy i kroimy. Jeśli mają dużo w sobie wody i gniazd nasiennych to można je wyciąć - ja tego nie zrobiłam. Wrzucamy do blendera, by wyszła ładna zmiksowana masa. Tę masę też można jeszcze odcisnąć, by usunąć nadmiar wody - ja jedynie wodę tę odlałam. Następnie obrałam jabłka, wydrążyłam i pokroiłam w małą kostkę. Jeśli nie chcemy mieć kawałków jabłek w dżemie to możemy jabłka zetrzeć/zmielić w blenderze. Ja lubię, gdy są kawałki owoców - tak też zostawiłam :) Do ogórków i jabłek dodałam sok z cytryny i żelfix (nie chciałabym tu robić reklamy, ale używam Żelfixu 3-1 Dr Oetkera - nie ma w składzie beznoesanu sodu). Gotujemy teraz to troszkę - aż się nie zawiąże - i wówczas dodajemy cukier i miętę - świeże poszatkowane, bądź nie listki. Wszystko gotujemy tak długo, aż nie otrzymamy pożądanej konsystencji. Gorący dżem przekładamy do wyparzonych słoiczków, dobrze zakręcamy i stawiamy do góry dnem. Tak zostawiamy do ostygnięcia.

SMACZNEGO! :)

sobota, 5 października 2013

Z pamiętnika maratończyka. Odsłona czwarta,

Z zaskoczenia.

Tydzień przed. Ostatni maraton w Poznaniu skończył się tak: "I nowe postanowienie - będę biegać tak długo te cholerne maratony, aż poprawię czas! Nie dam się tak łatwo." Jak już sobie coś postanowię to nie ma opcji, bym przynajmniej nie spróbowała tego zrealizować. Najbliższym maratonem w planach był maraton w Poznaniu - plan ten funkcjonował aż do Półmaratonu Poznańskiego i myśli: "Koronę Maratonów Polskich (...) musiałam zacząć od Krakowa. 2 tygodnie przed biegiem. Nie trenowałam pod maraton. Szalona? Przez tydzień gryzłam się z myślami. (...) I na tydzień przed biegiem się na niego zapisałam." I tu ponawiam opowieść. Jak już wspominałam we wcześniejszym poście - nikomu się nie przyznałam, że jadę. "Nikomu" oznacza w sumie najbliższych. W pracy nikt nie wiedział. Jedynie ktoś tam słyszał w Warszawie. I tyle. Rodzina usłyszała, że jadę na weekend zwiedzać Kraków. Nie, żeby mogli mieć jakiś wpływ na moją decyzję, ale bardzo chciałam, by to było moje zmaganie się ze sobą - takie bardzo prywatne, osobiste wyzwanie. Ja i tylko ja. I trasa. I czas. O tak - czas się liczył baaardzo. Musiałam go poprawić. I bardzo chciałam poczuć to niesamowite zmęczenie, które pojawiało się po wcześniejszych maratonach. Taki błogi stan bólu, przemęczenia i niesamowitej satysfakcji. Cały tydzień myślałam o wyniku. Przyznam się, że chciałam jedynie poprawić życiówkę. I chciałam łamać 4h 30'. Najdłuższym wybieganiem przed Krakowem był półmaraton poznański. Czas fajny, ale nie dawało mi to żadnej konkretnej informacji na ile mogę pobiec cały dystans maratoński. Byłam pewna, że go pokonam, ale z jakim czasem? Cały tydzień "kodowałam" się na 4h 30'. Im bliżej soboty, tym większe podniecenie, ale tym samym "lepsza" pogoda. Było coraz więcej słońca i coraz cieplej. Nie powiem, by mnie to cieszyło, ale cóż - nic na pogodę poradzić się nie dało. I tak oto nadeszła sobota.

37 km?
Sobota rano. 27.04. 5:00 pobudka, 6:24 pociąg do Krakowa. Plecak zapakowany na wszelkie możliwości pogodowe. Do tego 2 paczki suszonych bananów, z 3 butelki izotoników na drogę i mogę ruszać. Już na samym początku okazało się, że jadę z dwoma panami, którzy też będą biec. Ale, ale - cóż to za towarzystwo było. 77-latek, dla którego był to jakiś 70 maraton i pan w okolicach 60-tki, którego historia: "czemu zaczął biegać" była urzekająca (jej tu nie przytaczam ;)). Przez całą drogę (poza tym czasem, gdy spałam ;) - bo o tej 6:24 padłam i obudziłam się dopiero w okolicach 11) nasłuchałam się o wszelkiego rodzaju biegach, biegaczach, czasach, strategiach i wszystkim związanym z tymże sportem. Tu muszę wtrącić - biegam od 2009 roku, ale dopiero w tym roku ruszyłam, jak to się mawia, "z kopyta" i ten Kraków to był mój pierwszy wyjazdowy bieg. Więc aż mi w pewnym momencie głupio było odpowiadać: Nie, tu nie biegłam [jeszcze ;)]. Do tego panowie przerobili mój plan czasowy. Usłyszałam, że z takim czasem z połówki to mam zapomnieć o 4:30 i zacząć z pace-makerem na 4:15, a najlepiej to w ogóle na 4:00 (tu nastąpiła lekka kłótnia czy mam od razu mocno zacząć i liczyć się z odpadnięciem od balonika, czy zacząć wolniej i później gonić). Cóż - jak to zazwyczaj u mnie bywa - w głowie nowa myśl (jakby mało było szalonych myśli) - "a zacznę na 4:00 i zobaczę co się stanie". W takiej miłej atmosferze (zdążyłam jeszcze usłyszeć, że mam łydki biegaczki - nie wiem czy powinnam się z tego powodu cieszyć? :D) zbliżaliśmy się do Krakowa. Pogoda coraz gorsza - powyżej 26 stopni. I do tego słońce, które postanowiło chyba pracować na pełnych obrotach. "Oj, nie będzie łatwo. 4h łamać w takich warunkach, bez treningu pod maraton? M. chyba oszalałaś!" - ta myśl towarzyszyła mi obok tej: "M. weź się w garść. Co będzie to będzie. Dasz radę". I tak dotarłam do Krakowa.

Gdzieś między 38 a 39 km
Kraków. Gorąco. Głodno. Jak tu dotrzeć do Biura Zawodów? Pomogli mi mili panowie policjanci. Spacerkiem dotarłam do Biura, odebrałam wszystko (i tu już rozczarowanie - koszulki rozmiaru S się skończyły, a że dawali męskie, to mam koszulkę, w której się gubię ;)). Ogólnie nie będę pisać o organizacji, bo nie do końca mi się podobała, a nie chciałabym negatywnych fluidów rozsyłać w świat :) Musiałam sobie kupić żele, bo zapas, który miałam przygotowany na dzień przed wyjazdem pozostał w lodówce. Następnie makaron na Pasta Party, Żabka w celu uskutecznienia zakupów kolacyjno-śniadaniowych i kierunek: wspólna sala noclegowa. Na sali rozłożyłam się obok miłego pana wojskowego, dla którego był to pierwszy maraton, ale widać, że wybiegany (zrobił coś około 3:15). I jak to ja - w tłum, by poznawać ludzi. Poznałam bardzo dużo bardzo pozytywnych osób. I tak sobie siedząc na tej wspólnej sali usłyszałam mój telefon. Patrzę: Mama. Odbieram i słyszę: "Powiedz mi, ale tak szczerze, co Ty robisz w Krakowie tak naprawdę? Po co tam pojechałaś?". "Jak to po co?" - odpowiadam - "Do znajomych, pozwiedzać.". "A nie przypadkiem pobiec w maratonie?" [myśl w głowie: skąd ona to wie???]. "A skąd taki pomysł?". "A bo oglądamy wiadomości właśnie i mówią o maratonie, a ja Ciebie znam". Nie było już sensu kłamać dalej, więc się przyznałam. Plan upadł, bo rodzice zawsze śledzą mnie na trasie. No i moja mama plotkara przekazała informację połowie rodziny. Cóż. Życie. I znów w miłej atmosferze rozmów zbliżał się wieczór. Noc była najgorsza. Twardo, niewygodnie, wszyscy chrapią (słyszałam mimo zatyczek w uszach). Najgorzej. Ostatecznie uciekłam ze wspólnej sali na mini kanapę połączoną z fotelem w korytarzu. I tu już zasnęłam bez problemu.

38 km
Ranek. Pogoda (fantastyczna) miło zaskoczyła - coś ok 9 stopni, lekkie zachmurzenie. I podniecenie sięgające zenitu. Już chciałam biec. Już chciałam odmierzać kilometry. Już, teraz, zaraz, natychmiast. Odstawiłam rzeczy do depozytu i z nowo poznanym kolegą udałam się na start. Brak zaznaczonych stref czasowych zdziwił, ale spotkałam kolegę z Warszawy, który biegł na łamanie 4h, więc pomyślałam, że się nie zgubię. Całe szczęście pojawiły się baloniki. Pełna gotowość, muzyka w uszach, Sports-tracker przygotowany. I w końcu upragniony start.






40 km
Start. I już początek inaczej niż zaplanowałam. Pobiegłam trochę przed balonikami, bo tak mnie tłum popchnął. I tak już zostało. Do 5 km starałam się rozsądnie biec. Nie za szybko, by się nie zajechać już na wstępie. Ale, że samopoczucie fantastyczne, pogoda sprzyja, biegnie się dobrze, więc cały czas utrzymywałam się przed balonikiem na 4:00. I tak zostało całą trasę. Nawet nie wiem, w którym momencie straciłam go z oczu (gdybym się oczywiście odwróciła ;)). I tak sobie biegłam. Lekko zaczęło mżyć. Temperatura maksymalnie sięgnęła 14 stopni. Marzenie. Gdzieś w okolicy 13 km dogoniłam pana 77-latka z pociągu, który się przywitał i krzyknął: "Biegniesz!". Posłuchałam :)




Ostatni kilometr
21 km. Nie będę się rozpisywać i omawiać każdego kilometra, ale 21 zapadł mi w pamięci. Po pierwsze dlatego, że dobiegając do niego już myślałam - "o jest" - widać było nadmuchiwaną bramę. A tu niespodzianka - jeszcze pętelka przed. Eh. Po drugie - za półmetkiem miała być tablica z wyświetlanymi pozdrowieniami dla biegaczy, a że wysłałam takie dla siebie (:P) to bardzo byłam ciekawa czy się pojawią (nie pojawiły się niestety). I po trzecie, najważniejsze - dogoniłam baloniki na 3:45! Ależ mi to dodało skrzydeł. Baloników niestety do końca nie upilnowałam, ale do 30 km się ich trzymałam. Chociaż trasa pomiędzy 22,5 do 25 i z powrotem, do 30, była ciężka pod względem psychologicznym ;) 2,5 km prosto w jedną, pętelka i 2,5 km powrotu. Od 30 km zaczęłam gubić powoli baloniki. Osłabłam. Przyszedł 36 km, na którym do tej pory dwa razy był mur. I co? I nic - zero kryzysu. Super! Jednakże w okolicy tego 36 km zdarzyło się coś co jeszcze nie zdarzyło mi się na żadnym biegu - musiałam skorzystać z toalety! Trochę mnie to rozbiło, ale ruszyłam dalej. Ostatnie 6 km biegłam już po dwa - do 38, do 40 i do mety. Na 40 km czułam się dobrze, ale chciałam już być na finiszu. A tu jeszcze obiec dookoła Błonia trzeba. Stadion widać, a dwa ostatnie kilometry przede mną. Bardzo zirytowały mnie oznaczenia kilometrów. Były one nadrukowane na ziemi, więc znaczniki potrafiły się powtórzyć - 41 km mijałam 3 razy.


Meta. Końcówka była euforyczna. Słyszałam ludzi: "Biegnij, łamiesz 4h!". Biegam nie sprawdzając tempa i czasów, więc cały czas myślałam, że balonik mam na plecach prawie że. Leciałam ile sił w nogach. I końcówka. Meta. Finisz. Czas na zegarze był dla mnie szokiem: 3:51:16. Ile??? A ja chciałam biec na 4:30... Przekroczyłam linię, ktoś mnie przytulił, ktoś mi wręczył do ręki napój wyskokowy i od razu go otworzył - razem z izotonikiem, który dostałam do drugiej ręki, pochłonęłam go szybko. I jeszcze zdjęcie na pamiątkę, kąpiel. I SMS: wynik netto: 3:48:53.

Po. Poczułam, że mogę wszystko. Cel osiągnięty z nadkładką kosmiczną. Pierwszy maraton z Korony zaliczony. Nie pozostaje nic innego jak trenować dalej!

Koniec odsłony czwartej.

niedziela, 29 września 2013

Popeye'owe szaleństwo.

O szpinaku.


Uwielbiam szpinak! W każdej postaci :) Dlatego też postanowiłam zaszaleć i wykorzystać go do wypieków. Dziś będzie pomysł zapożyczony z http://pinkcake.blox.pl/2012/03/Ciasto-szpinakowe-cudnie-zielone.html (jak zwykle lekko zmieniony - ale tym razem naprawdę lekko :)) - czyli CIASTO SZPINAKOWO-KOKOSOWE oraz moje własne autorskie CIASTECZKA SZPINAKOWE (na słodko i na słono) :) Myślę, że Popeye byłby zadowolony ;)


CIASTO SZPINAKOWO-KOKOSOWE


Składniki:

1 szklanka mąki orkiszowej
1 szklanka wiórków kokosowych
0,5 szklanki brązowego cukru
1 łyżeczka sody
1/3 szklanki oliwy
1,5 łyżeczki octu jabłkowego
1 szklanka rozdrobnionego mrożonego szpinaku
1/2 szklanki mleka koziego

Wykonanie:

Szpinak należy rozmrozić i odcedzić, by było jak najmniej wody. Wszystkie składniki wymieszać razem - nie jest to żmudne i skomplikowane zajęcie ;) Wystarczy garnek i łyżka. Płynny, zielony eliksir przelać do tortownicy - użyłam takiej podłużnej, chlebowej - jak na zdjęciu ;) [foremka została wpierw wysmarowana masłem i wysypana bułką tartą - niestety nie miałam akurat startej ciemnej bułki, ale taką polecam].  Piec około 40 minut w 180°C (pierwsze 10 minut z termoobiegiem, później bez) do suchego patyczka.

CIASTECZKA SZPINAKOWE

Słodkie
Składniki:
1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
4,5 łyżki cukru
1/4 łyżeczki soli
150g masła
1 duże jajko (albo samo żółtko - zależy czy chcemy bardziej czy mniej kruche ciasto - ja użyłam samego żółtka)
--------------------
świeży szpinak
dowolny dżem (ja użyłam dżemu truskawkowego własnej roboty)

Słone
Składniki:
1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
3/4 łyżeczki soli
150g masła
1 duże jajko (j.w.)
--------------------
świeży szpinak
orzechy

Wykonanie:

Wszystkie składniki nad kreską mieszamy, ugniatamy (osobno oczywiście dla ciasta słodkiego, osobno dla słonego ;)) i zawijamy powstałą kulkę w folię. Kulki lądują na około 30 minut do lodówki. Następnie do każdej z nich dodajemy posiekany szpinak - świeży (zmielony najlepiej w blenderze). Dodawałam go 'na oko'. Gdy już wszystkie składniki są razem ładnie wymieszane, a kulki zrobią się zielone - formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, rozpłaszczamy je, robimy dziurkę na środku i dekorujemy - słodkie dżemem, słone orzechami. Piec w temperaturze 180-200°C przez 20 minut.




SMACZNEGO!

niedziela, 22 września 2013

Raz na wodzie, duuuużo razy pod.

Pewnego pięknego dnia w pracy... Nie wiem czemu wszystkie moje historie mają taki początek? :D Pewnego pięknego dnia wpadłam na pomysł/usłyszałam/ktoś zaproponował.... Tym razem było tak samo. Pewnego pięknego dnia w pracy znajoma opowiedziała o swoim nowym hobby - windsurfingu. I w głowie zapaliła się lampka: Ale fajnie! [coś ta lampka zdecydowanie za często się zapala ;)]. Tego jeszcze nie próbowałam! Czas najwyższy. "Jak będziecie następnym razem jechać - daj znać" - to była moja reakcja na opowieść. W sumie chyba żadnej innej po mnie nie można było się spodziewać. Było to jakiś czas temu. Gdy troszkę już zapomniałam o pomyśle (mam taki worek pomysłów w głowie ze znacznikiem: do zrobienia kiedyś) koleżanka wysłała sms'a: "Jutro jedziemy na windsurfing ok 14. Chcesz się wybrać?". Akurat tego dnia impreza i nie wiedziałam czy dnia następnego będę miała ochotę na jakiś wysiłek. No ok - trochę przekłamuję - wiedziałam, że jakąś aktywność fizyczną uskutecznię, ale nie wiedziałam czy będę miała ochotę akurat na spotkania z zimną wodą. Impreza minęła, obudziłam się rano, wstałam i już wiedziałam - CHCĘ! Jak zwykle namawiać, jak widać, mnie długo nie trzeba. Po tym pięknym wstępie następuje część właściwa: tak właśnie znalazłam się w Kiekrzu.

Windsurfing - pierwsza lekcja. Szkoła: Mysza Surf Center. Lekcja zaczęła się od założenia na siebie pianki - założyłam ją tył na przód :D Cała ja. Później opis żagla, z którego coś tam jeszcze pamiętam. I hop do wody. Wejście na deskę i nagle się okazuje, że nic nie ogarniam :D Deska sobie, żagiel sobie, a jezioro na mnie czyha. W głowie mantra: nie wpadniesz do wody, nie wpadniesz do wody. Pierwsze 10 minut to działa - czyli do pierwszego spotkania z wodą. To był szok, później było już lepiej. Woda aż taka zimna nie była, od czasu do czasu słońce się pojawiało, więc będąc na desce tych spotkań z wodą tak bardzo nie odczułam. Dopiero na brzegu, gdy się już przebrałam, zrobiło się naprawdę zimno. Ale wracając na jezioro - schody zaczynają się praktycznie od razu! Podnoszenie żagla z wody to prawdziwa męczarnia. Ręce i plecy mnie bolą. Ciekawe jak będzie jutro?


Ok - żagiel podniesiony i co dalej? Ustawienie pozycji i próba płynięcia. Jakieś przejścia z żaglem, zwroty deski, ostrzenie, odpadanie. Uffff. Dużo tego. Do tego silny wiatr, fale - katastrofa murowana :D W wodzie wylądowałam w sumie z 7-8 razy. Oberwałam żaglem przez nos, z 2 razy zakleszczyłam stopę, raz całą nogę. Ale ani razu nie wpłynęłam w trzciny! Chociaż było blisko ;) I nie wypłynęła po mnie motorówka! Chociaż pod koniec instruktor trochę mnie podholował na swojej desce do brzegu, bo miałam niesamowity problem z ustawieniem deski tak, by popłynąć w odpowiednim kierunku :D Z 5 razy robiliśmy manewr zwracania deski i za każdym razem ciągnęło mnie w okolice trzcin :D Ale i tak było fajnie ;) 1,5 godziny pływania, a czuję się jakbym biegała nie wiadomo ile. Pracowało całe ciało, więc wszystkie mięśnie czują miłe zmęczenie. 

Podsumowując: zabawę pewnie powtórzę :) I polecam - dla samego chociażby spróbowania czegoś nowego. Wszystkich, którzy już surfują i się na tym znają - przepraszam za wszystkie błędy, które mogłam popełnić w tym tekście ;) Ja się zupełnie nie znam i nie ogarnęłam jednak tematu za bardzo :D Ale pierwsze koty za płoty. Co będzie następne? ;)



wtorek, 10 września 2013

Spacerownika Karkonoskiego część dalsza.

Część dalsza miłości do gór :) Trasa również kojarząca mi się z dzieciństwem i wypadami w Karkonosze z rodzicami. Szlak, na którym w pewnym momencie w Jagniątkowie widać nasz cel - Śnieżne Kotły. Wysokie, pionowe ściany, które wznoszą się nad miejscowością. Robi to wrażenie - zwłaszcza, jeśli sobie uświadomimy, że za parę godzin będziemy patrzeć na miejsce, w którym właśnie stoimy, ale z góry. Zatem - spakowani?, gotowi? 8 rano - ruszamy!

Miejsce wypadowe: Tak jak we wcześniejszym poście :) - ale dla tych, którzy czytają dopiero teraz: Przesieka - nocleg obok szlaku zielonego i żółtego (Ośrodek Wypoczynkowy Warszawianka) - idealne miejsce startowe.

Trasa (zapis z GPSa na samym dole :), a kolory wg pokonywanych szlaków:  żółty - czarny - żółty - czerwony - niebieski żółty/zielony): Przesieka - Jagniątków - schronisko Pod Łabskim Szczytem - Śnieżne Kotły - przełęcz Karkonoska - Odrodzenie - Przesieka - nocleg

Długość: 35,6 km

Mój czas przejścia (bez przerw): 7h 22 min.
Mój czas przejścia (z przerwami): 9h 31 min
Czas przejść wg mapy (bez przerw): 7 h 55 min

Trudność: średnia/miejscami średnio-trudna (jeśli chodzi o nawierzchnię ;)), średnia (długość)

Opis trasy:

Wyruszamy z Przesieki wchodząc na szlak żółty w kierunku Jagniątkowa. Czeka nas 40 min (czasy podane wg mapy :)) spacerku żółtym szlakiem Drogą pod Reglami. Docieramy do szlaku czarnego i możemy zacząć się już do niego przyzwyczajać, bo po 15 minutach, gdy dotrzemy do centrum miejscowości, będziemy się kierować już nim - żółty szlak odchodzi w bok do Piechowic. Tutaj możemy zrobić jeszcze zakupy - to ostatni sklepy na szlaku. Później sklep będzie dopiero w Przesiece. Chociaż po drodze mamy 2 schroniska, więc źle nie jest :) Wchodzimy na szlak czarny i kierujemy się wpierw szosą - nie jest to najmilszy odcinek wycieczki. 



Po 50 min (całe szczęście nie idziemy cały czas wspomnianą szosą - w pewnym momencie uciekamy z niej w las!) docieramy do Trzech Jaworów - tu szlak czarny łączy się z niebieskim. Czeka nas chyba najtrudniejszy odcinek drogi. Dosyć strome i długie podejście, przez las, ale po kamieniach - nierzadko bardzo śliskich, ze względu na strumyk, który nie robi sobie nic ze szlaku i płynie czasem jego środkiem. Trzy Jawory znajdują się na wysokości 650 m n.p.m., natomiast schronisko Pod Łabskim Szczytem, do którego prowadzi nas szlak , na wysokości 1168 m n.p.m - czeka nas pokonanie w górę 518 m - wg mapy to 95 min marszu. Gdy uda nam się już całkiem wysoko wspiąć to zdecydowanie nie będziemy żałowali wysiłku - widoki, przy słonecznej pogodzie są piękne! I trasa w pewnym momencie przestaje straszyć pionowym kamienistym podejściem, a zamienia się w proste, "wybrukowane" leśne ścieżki, którymi spacerujemy sobie aż do samego schroniska.

Schronisko Pod Łabskim Szczytem to pierwszy nasz dłuższy przystanek. Tutaj możemy sobie przy herbatce (można oczywiście ją kupić, ale ja swoją miałam w termosie) chwilkę posiedzieć i poobserwować świat na dole :) Ze schroniska piękną ścieżką kierować będziemy się już ku przekaźnikowi radiowo-telewizyjnemu przy Śnieżnych Kotłach, który powinniśmy osiągnąć po 60 min spacerku szlakiem żółtym (czarny nam się kończy przy schronisku). Słońce świeci, widoczność fantastyczna, ciepło - żyć nie umierać :) Z racji tego, że przy schronisku zrobiłam jedynie krótką przerwę na małą herbatę, w planach mam dłuższą, z pożywieniem, już przy przekaźniku. Zaczynam odczuwać głód, więc przyspieszam kroku :) Im szybciej dotrę, tym szybciej coś zjem.


I tak docieramy do celu. Tu jak zwykle tłumy, chociaż i tak mniejsze niż na Śnieżce. Turyści często wjeżdżają ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę i stamtąd spacerują do Śnieżnych. Spotykam tu też biegaczy, którzy wbiegli ze Szklarskiej. I jak zwykle pojawia się nutka zazdrości... Też bym sobie pobiegała... Ale nic straconego - pomysł już się pojawił i na pewno zostanie zrealizowany ;) Przysiadamy w jakimś miłym miejscu, z pięknym widokiem na Jagniątków - tak - osiągnęliśmy szczyt tych pionowych ścian, które widzieliśmy z dołu. Możemy się pożywić. Jabłko z jogurtem naturalnym i płatkami kokosowymi :) + herbatka. W towarzystwie Brokuła, który wędruje ze mną. Po krótkiej regeneracji, wygrzaniu się na słoneczku (chociaż dzień był upalny, więc raczej należałoby szukać ucieczki w cień, którego akurat u góry było jak na lekarstwo), wysmarowaniu kremami ochronnymi mogę ruszać dalej - jeszcze tylko parę fotek na pamiątkę. 


Wchodzimy na szlak czerwony, którym podążamy ku Przełęczy Karkonoskiej i Odrodzenia (tak, tak - znowu wybrałam tak trasę, by w Odrodzeniu się odrodzić! :)). Czeka nas 110 minutowa wędrówka, podczas której miniemy Wielki Szyszak, Śmielec, Czeskie Kamienie, Śląskie Kamienie i spalone/odbudowywane schronisko Petrova bouda. Przez całą trasę rozciągają się przed nami piękne widoki zarówno na stronę polską jak i czeską. Tłumów tutaj nie ma, dopiero w okolicy przełęczy Karkonoskiej, gdyż tu od strony czeskiej prowadzi prawdziwa asfaltowa "autostrada" - wszyscy wjeżdżają samochodami. Jednakże wcześniej możemy sobie odpocząć od zgiełku, wsłuchać się w ciszę i podziwiać świat :), by znowu dotrzeć do Odrodzenia i tu spożyć obiad. Nie będę ukrywać, że znów postanowiłam zjeść placki ziemniaczane ze szpinakiem i popić to zimnym piwkiem. Dalszą część trasy już znamy - to szlak niebieski prowadzący z powrotem do Przesieki. Idzie się nim 85 minut. Do miejsca mojego noclegu jeszcze 20 minut szlakiem żółto-zielonym :) I tak kończymy wycieczkę.

Zatem - wychodząc o 8 rano jesteśmy na miejscu znów ok 18 :) Trasa znów długa i miło męcząca, ale znów z widokami rekompensującymi wszelki trud!!! 

I tak jak ostatnio: Gdyby ktoś trasę powtórzył - proszę o opinię i wrażenia! :) Dziękuję za uwagę :D

sobota, 7 września 2013

Hop do słoika.

Koniec lata zbliża się wielkimi krokami. Idealny czas na pakowanie do słoików wszystkiego co się da. Co też czynię namiętnie :) Dziś będzie o pomidorach. Postanowiłam zrobić nie tylko tradycyjne przeciery, ale pokusiłam się także o zrobienie pomidorów suszonych :) A poniżej co mi z tego wyszło. 

Składniki: 
- pomidory!!!! :) - kupiłam na targowisku odmianę Lima
- oliwa
- ocet jabłkowy
- sól 
- cukier
- dodatki do słoika - czosnek, świeża bazylia, papryczka chili, suszone śliwki
- zioła i przyprawy – co kto lubi, ilość też dowolna – np. oregano, bazylia

Przygotowanie:

Suszone pomidory:


Pomidory pokroić w ćwiartki i wyciąć pestki z gniazdem nasiennym (wykorzystałam je do zrobienia przecieru, więc nic się nie zmarnowało :)) Wydrążone pomidory ułożyć dosyć ciasno na blasze do pieczenia wyłożonej pergaminem (skórką do blachy). Każdy kawałek pomidora przed włożeniem do piekarnika lekko posolić. Piekarnik nastawiamy na temperaturę ok. 90 st. C i włączamy termoobieg. W takich warunkach pomidorki suszyły się u mnie około 3 godzin. Suszymy tak długo, aż pomidory będą skurczone, ale nie wysuszone na wiór - są jeszcze czerwone, a nie czarne ;) (takie można także zjeść od razu :D - zamiast chipsów na imprezę idealne :P). Następnie wszystkie pomidory wrzucamy do dużej miski i dosypujemy wybrane przez nas zioła i przyprawy. Całość skrapiamy octem (około jedna łyżeczka na całą blachę) i wszystko mieszamy. Po czym pomidory jeden po drugim pakujemy do słoików, ale nie do pełna - trzeba zostawić miejsce na oliwę :) Ja do słoików następnie dodałam różne rzeczy - w jednym znalazł się czosnek, w innym świeża bazylia, do trzeciego włożyłam suszone śliwki, a w czwartym słoiku znalazła się papryczka chili. W rondlu podgrzewamy oliwę i zalewamy pomidory. Słoiki zakręcamy i odwracamy do góry dnem - ja zawsze słoiki wkładam do dużego garnka do góry nogami i przykrywam ręcznikiem - tak sobie stoją, aż nie wystygną. 

Przecier:

Pestki z gniazdem nasiennym wykorzystałam do zrobienia przecieru. Dorzuciłam do nich jeszcze dodatkowe pokrojone pomidory, by wyszło więcej :) Wszystko gotowałam przez 15 minut na większym ogniu, aż rozmiękło. Przemieliłam blenderem, dodałam sól (łyżka) i cukier (brązowy - 2 łyżki) (do przecieru dodać można także różnego typu przyprawy - bazylię np. - aczkolwiek tym razem zrobiłam przecier niczym nie doprawiony) i następnie na małym ogniu gotowałam przez czas jakiś jeszcze, by odparować i zagęścić swój twór :) Gorący przecier rozlać do wyparzonych słoików i dobrze zakręcić. Następnie pasteryzować słoiki w większym garnku z wodą, gotując zanurzone do 2/3 wysokości słoiki przez około 40 minut na umiarkowanym ogniu (tak - tyle czasu mi to zajęło, by słoiki szczelnie się zamknęły - pasteryzacja sprawia mi najwięcej problemów;)). Po tym słoiki odstawiłam również do góry dnem do wystygnięcia. 




SMACZNEGO! :)