sobota, 15 listopada 2014

Z pamiętnika maratończyka. Odsłona siódma.

Trening czyni mistrza?


Październik 2013 - "[...]Zamiast się mega cieszyć, ucieszyłam się tylko częściowo, gdyż pewien niedosyt pozostał. Ale w sumie dobrze, bo nie osiądę na laurach i mam do czego dążyć - kiedyś się uda! Tego się będę trzymać :) Do Dębna!"  - to wniosek po maratonie w Poznaniu - 3 z 5. Operacja; Korona maratonów - w toku. Do Dębna! Po maratonie w Poznaniu pozostał niedosyt. I plan w głowie nowy. Maraton w 3:15? To chyba jest do zrobienia........ Zasiadłam zatem na początku roku przed komputerem, paluszki w ruch i lecimy dostępne plany. R obiecał, że zweryfikuje, zatem mogłam trochę popłynąć. Chociaż nie przyznałam mu się na jaki czas chcę biec. 3:30 - to była wersja oficjalna - a we mnie marzenie prawdziwe - 3:11 - nie wiem czemu tak sobie to wymyśliłam. Ale ok - plan wpierw. Znalazłam parę na 3:30, żadnego na 3:15 bezpośrednio, trochę wskazówek jak modyfikować - i spod palców wypłynął zarys. R okiem fachowca poprawił parę rzeczy i można było wystartować z realizacją. 


Fajnie - zapał jest, energia jest, plan jest.... I to był początek schodów - walki ze sobą, z organizmem, nauki pokory. Nie oszukujmy się - na początku wyobrażałam sobie, że skoro biegam jak biegam to troszkę popracuję i będzie lepiej.... Heh - ta buta, ta pewność siebie spłynęły z potem i łzami ;) Może dramatyzuję teraz? Tak naprawdę z perspektywy czasu nie było tak strasznie. Parę razy może się popłakałam naprawdę, dwa treningi wyszły naprawdę "do porzygu", a poza tym cała masa frajdy, nowości, satysfakcji i uśmiechu. 

Ale po kolei :) Poniżej założony plan, a jeszcze niżej jego faktyczna realizacja. Sprawdzony :) Może komuś się przyda :) 

Plan: 


PoniedziałekWtorekŚrodaCzwartekPiątekSobotaNiedzielaSuma km
Tydzień 1OWB1 6km + RT 6x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 8x 100/100m + trucht 2kmOWB1 8km + RT 10x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 18kmINNE
Tydzień 2OWB1 6km + RT 8x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 2x 5x 100/100m + trucht 2kmOWB1 4km + BC2 10km + trucht 2kmINNEOWB1 20kmINNE
Tydzień 3OWB1 6km + RT 8x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 100/100m + trucht 2kmOWB1 6km + RT 8x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 22kmINNE
Tydzień 4OWB1 6km + RT 10x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 100/100m + trucht 2kmOWB1 4km + BC2 12km + trucht 2kmINNEOWB1 25kmINNE
Tydzień 5OWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 140/140m + trucht 2kmINNEOWB1 4km + WT 4x 2km (tempo odcinków: 04:15/km) + trucht 2kmOWB1 8km + RT 10x 30"/60" + trucht 2kmINNEOWB1 8km + BNP 12km (4km - 05:00/km, 4km - 04:55/km, 4km – 04:50/km) + trucht 4kmINNE
Tydzień 6OWB1 8km + SB (podbiegi) 2x 6x 140/140m + trucht 2kmINNEOWB1 4km + WT 2x 3km (tempo odcinków: 04:20/km) + 2x 2km (tempo odcinków: 04:15/km) + trucht 2kmOWB1 8m + RT 12x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 10km + BNP 14km (4km - 05:10/km, 4km - 05:05/km, 2km - 05:00/km, 2km - 04:55/km, 2km – 04:50/km) + trucht 2kmINNE
Tydzień 7OWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 160/160m + trucht 2kmINNEOWB1 4km + WT 3x 4km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2kmOWB1 8km + RT 10x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 28kmINNE
Tydzień 8OWB1 - 14kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 8x 150/150m + trucht 2kmOWB1 4km + WT 2x 5km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2kmINNEOWB1 30kmINNE
Tydzień 9OWB1 8km + RT 10x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 - 6km + WT 6x 1km (tempo odcinków: 04:10/km) + trucht 2kmOWB1 12kmINNERozruch (5-6km w tym RT 6x 15"/45")Rozruch (5-6km w tym RT 6x 15"/45")START PÓŁMARATON lub OWB1 4km + BNP 16km (4km - 05:10/km, 4km - 05:05/km, 4km - 05:00/km, 4km – 04:55/km) + trucht 2km
Tydzień 10OWB1 8km + RT 10x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 4km + WT 3x 4km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2kmOWB1 8km + RT 15x 40"/80" + trucht 2kmINNEOWB1 24kmINNE
Tydzień 11OWB1 - 12kmINNEOWB1 8km + SB (podbiegi) 8x 150/150m + trucht 2kmOWB1 4km + BC2 - 10km + trucht 2kmINNEOWB1 - 6km + WT 6x 1km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2kmINNE
Tydzień 12OWB1 - 12kmINNEOWB1 - 8km + RT 6x 30"/60" + trucht 2kmWOLNEINNERozruch (5-6km w tym RT 6x 15"/45")MARATON
Wyjaśnienia:
INNEBasen / Chodakowska / joga / stretching
OWB1bieg w pierwszym zakesie - tempo biegu ok.. 05:30 – 05:35
BC2bieg ciągły w drugim zakresie - tempo biegu ok. 04:35 – 04:40
SBsiła biegowa, podbiegi, dynamiczny bieg pod górkę na 70-80% możliwości - jednak tak, aby wszystkie odcinki pokonać w takim samym tempie; w przypadku braku podbiegów można zastąpić skipami na odcinku o połowę krótszym (skip A i skip C na przemian)
RTdynamiczne odcinki na ok. 80% możliwości
BNPbieg z narastającą prędkością - prędkości przypisane do danego treningu
WTwytrzymałość tempowa; trening prędkości startowych

Realizacja: 

OWB1 - tempo 05:00 - 05:15
BC2 - tempo 4:30

PoniedziałekWtorekŚrodaCzwartekPiątekSobotaNiedzielaSuma km
Tydzień
1
(styczeń)
OWB1 14km 
OWB1 8km + start: Poznaj Poznań NocąOWB1 8km + RT 10x 30"/60" + trucht 2kmfitnesscrossfit, rowerOWB1 - 16 km, Dziewicza Góra56
Tydzień
  2 
(styczeń)
OWB1 9km + RT 8x 30"/60" 
OWB1 8km + SB (podbiegi) 2x 5x 100/100m + trucht 2kmOWB1 4km + BC2 10km + trucht 2kmfitnessOWB1 20km
60
Tydzień
(styczeń)
OWB1 9km + RT 8x 30"/60" 
OWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 100/100m + trucht 2kmOWB1 6km + RT 8x 40"/80" + trucht 2km
start: Z biegiem natury 5 kmOWB1 - 23 km 67
Tydzień
4
(luty)
OWB1 9km + RT 10x 30"/60" 
OWB1 4km + BC2 12km + trucht 2kmOWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 100/100m + trucht 2km
OWB1 25kmmorsowanie70
Tydzień
 5
(luty)
OWB1 8km + RT 10x 30"/60" + trucht 2kmOWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 140/140m + trucht 2kmfitnessOWB1 4km + WT 4x 2km (tempo odcinków: 04:10/km) + trucht 2kmrowerOWB1 8km + BNP 12km (4km - 05:00/km, 4km - 04:55/km, 4km – 04:50/km) + trucht 4kmrower, start: GP Hades78
Tydzień
 6
(luty)
rower (37km)OWB1 8km + SB (podbiegi) 2x 6x 140/140m + trucht 2kmOWB1 4km + WT 2x 3km (tempo odcinków: 04:20/km) + 2x 2km (tempo odcinków: 04:15/km) + trucht 2km
rowerstart - Leszno - Grzybowo - 10 kmOWB1 10km + BNP 14km (4km - 05:10/km, 4km - 05:05/km, 2km - 05:00/km, 2km - 04:55/km, 2km – 04:50/km) + trucht 2km67
Tydzień
 7
(luty)

OWB1 8km + SB (podbiegi) 10x 160/160m + trucht 2kmOWB1 4km + WT 3x 4km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2kmOWB1 8km + RT 10x 40"/80" + trucht 2km
OWB1 30km, rowerrower + morsowanie75
Tydzień
8
(marzec)
OWB1 8km + SB (podbiegi) 8x 150/150m + trucht 2kmOWB1 - 14km + start: Poznaj Poznań NocąfitnessOWB1 4km + WT 2x 5km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2km
OWB1 32kmrower80
Tydzień
9
(marzec)


OWB1 - 8km OWB1 7km, rowerOWB1 8km + RT 10x 40"/80" + trucht 2km, rowerOWB1 3km, start: Maniacka DziesiątkaOWB1 3km, start: GP Hades (10km)52
Tydzień 10
(marzec)
OWB1 - 12km
OWB1 4km + WT 3x 4km (tempo odcinków: 04:25/km) + trucht 2km
rowerOWB1 8km start: z Biegiem Natury 5 kmrower44
Tydzień 11
(marzec)
OWB1 6km + SB (podbiegi) 8x 150/150m + trucht 3km fitnessOWB1 - 12km, rowerOWB1 4km + BC2 - 10km + trucht 2km, rowerrower rowerOWB1 15km, rower56
Tydzień 12
(kwiecień)
rowerOWB1 4km + WT 2x 2km (tempo odcinków: 04:15/km) + trucht 5kmrowerOWB1 - 5km + RT 6x 30"/60" 
rower6.04 - DĘBNO64


Nie powiem, że było łatwo, bo nie było. Były momenty, gdy myślałam, że nie dam rady, Były momenty, w których sobie musiałam coś udowodnić. Były momenty, gdy miałam dosyć, gdy nie chciało wychodzić się na trening, a jedynie komentarz (ach ten wzrok...) R pomagał. Ale było też dużo fantastycznych chwil. Wspólne treningi z siostrą, długie wybiegania z R, pierwszy bieg ciągły w 2 zakresie. O tak - pamiętam go bardzo dobrze. Czwartek, ciemno, zimno, lód na ulicach, a ja w moich butkach szosowych. R narzucił tempo, a ja tylko powtarzałam w głowie mantrę - nie daj się teraz, nie daj się... Spięcie całego ciała, by w poślizg nie wpaść i niepohamowana chęć pokazania, że dam radę. 10 km w treningu w 44 min 47 s, gdy życiówkę miałam jedynie minutę lepszą, i to po lodzie. Ale satysfakcja była. I pierwszy trening WT. Rano, przed pracą - 4x 2km w tempie 4:15 miało być, zaczęłam 2x2 w tempie 4:05, kolejne 2 km 4:10 i ostatnie 2, gdy walczyłam już ze sobą, by się nie zatrzymać 4:15... Oj bolało. Ale się udało ;) I kolejna WT z R, gdy usłyszałam, że "poczuję jeszcze co oznacza trening".


I rzeczywiście poczułam. Do tego parę kontuzji - np. dwugłowy lewego uda, który jak kamień mi ciążył. Akurat na finał z Biegiem Natury. Udało się złamać 20 min, ale kosztem bólu. Zatrucie pokarmowe przed Maniacką dyszką.... Choroba, gdy leżałam w domu i mnie nosiło. Wtedy chciałam biegać, chciałam wyjść. By po wyzdrowieniu i kolejnym treningu WT pomyśleć - czemu ja chciałam iść biegać? Albo dłuższe wybieganie (bodajże 20 km) o 5 rano w sobotę, bo cały weekend szkolenie i to jedyny termin, który mi pasował. Jakieś -15 stopni, trzaskający mróz, lód, kolce na butach, bo inaczej się nie dało i ta magia nad Rusałką.... O 7:20 było po wszystkim. Olbrzymia nauka pokory, mnóstwo pracy. Eh wspomnienia :) Aleee... zdecydowanie chciałabym to powtórzyć. Ta praca przyniosła w sumie jak dla mnie niesamowite efekty. Życiówki się posypały, organizm zupełnie inaczej reaguje na wysiłek. I do tego te endorfiny towarzyszące każdemu wyjściu.... Mmmmmm :)

Prawie, że się rozczuliłam :P Ale suma sumarum - wynik był - nie taki jaki sobie wymarzyłam, ale na to przyjdzie czas w osobnym wpisie :) 

Podsumowując - trening na 3:15 w moim wypadku = 3:17, więc chyba dał radę :) Mogę go polecić ;)

czwartek, 27 lutego 2014

Ściemniając.

NOCNA ŚCIEMA, czyli jak zrobić półmaraton poniżej godziny :)


Wspominając różne biegi, w których brałam udział, a nie było ich niesamowicie dużo, myśli moje często wracają do tego biegu. Nocna Ściema, bo o nim mowa, jest dosyć specyficzną imprezą. Cytując organizatorów: 

"Bieg odbywa się w nocy, gdy podczas biegu czas letni ustępuje czasowi zimowemu. Ten zabieg daje niepowtarzalną okazję do osiągnięcia nieprawdopodobnych rezultatów, co byłoby niemożliwe w jakimkolwiek innym momencie. Ponieważ w trakcie biegu zmieniamy czas na zegarkach - otrzymujemy tym samym całą godzinę bonifikaty podczas naszego biegu. Start do Nocnej Ściemy następuje punktualnie o godzinie 2 w nocy. Godzinę później cofamy wskazówki zegarków ponownie na drugą. W przypadku półmaratonu okazuje się, że możemy być na mecie tuż po drugiej, maraton z kolei może zostać ukończony jeszcze przed czwartą. Tym samym wynik lepszy od rekordu świata jest jak najbardziej realny.

Z racji tego, że uwielbiam dziwactwa i urozmaicenia biegowe to to wydarzenie wpasowało się w mój terminarz idealnie :) Nie rozwodząc się już zbytnio nad ideą samego biegu, czy technicznymi informacjami, które można znaleźć na stronie, przejdę do wspominek ;)

26.10.2013 sobota Poranek nastał - 7 rano, czas wstać. Pomimo imprezy z Night Runners dzień wcześniej (alkohol się lał ;) ale w moim przypadku zdecydowanie rozsądnie - symbolicznie, bo w głowie bieg i nastawienie na zrobienie życiówki) plan przebieżki na Parkrunie jest, by się przed nocą troszkę rozbiegać, rozbudzić, rozruszać. Trochę biegaczy na Cytadeli było, ale pomimo tego, że pobiegłam tak sobie na mecie wylądowałam jako 2 istota żeńska. Nóżki zatem odpowiednio przygotowane. Powrót do domu z założeniem dospania jeszcze przed wyjazdem. Plan udało się zrealizować - niesamowite - wszystko idzie do tej pory tak jak być powinno :) Następne na liście - odbiór Mończy z Dworca i chodu do Koszalina. Akurat chwilę wcześniej przy Dworcu Głównym otwarta została galeria handlowa - tak sobie pomyślałam: "A pojadę wcześniej, zerknę sobie jak to wygląda." Taaaa - świetny pomysł ;) Weszłam, po 5 minutach się przeraziłam tłumami, przypomniałam sobie, że ja wcale przecież nie lubię galerii handlowych - ba! nie cierpię ich!, więc uciekłam do najbliższego ciekawego sklepu tuż przy wejściu na dworzec. Okazał się nim być Bijou Brigitte - najgorzej! Skończyło się zakupem nowych kolczyków - takie wtrącenie - uwielbiam kolczyki :D Z nowym zakupem udało mi się w końcu dotrzeć w odpowiednie miejsce, zgarnąć Mończę i wylądować w miejscu z kawą (nie będę reklamować ;)), gdzie miły młody pan sprzedał M rastafariański napój - cokolwiek miało to znaczyć :) Kolejny punkt odhaczony. Chyba coś za łatwo to wszystko idzie. Nie, żeby plan był niesamowicie skomplikowany, ale zazwyczaj złośliwość jakiś sił nieczystych komplikuje nawet najprostsze czynności. Dygresja od dygresji. Wracając do tematu ;) 

Wbiłyśmy się do pociągu, pstryknęłyśmy słit focię i poszłyśmy spać, by po paru godzinach obudzić się już przed Koszalinem. Na miejscu telefon do kolegi, który z narzeczoną już wcześniej dotarł na miejsce - gdzie mamy się kierować i skąd nas zgarnie :) Pogoda super pomimo wieczorowej, październikowej pory. 

Spacerkiem kierujemy się zatem do biura zawodów, gdzie czeka mnie miła niespodzianka. Pan siedzący tam mnie zagaduje: "Ej - biegłaś maraton w Poznaniu z takimi zielonymi pasmami we włosach?". Ale miło! Zostałam rozpoznana :D Pakiet odebrany - bardzo fajny - buff i torba zakupowa nocnej ściemy to do chwili obecnej najczęściej chyba, ze wszystkich pakietowych gadżetów, używane przeze mnie rzeczy :) Chwila oczekiwania na Tomka i Agatę, przejazd przez stację benzynową celem zakupienia kawy i napojów wyskokowych na "po biegu" i wycieczka do Unieścia, gdzie jest nocleg. I powoli włącza się podniecenie :D Jak zwykle w planie - poza życiówką - lans. Strój przygotowany odpowiedni :) Minuty tykają, moment startu się zbliża, podniecenie rośnie :D Będę biegać w środku nocy! Ale fajnie :D 

27.10.2013 niedziela 2:00 START Jak minuty nam minęły ruszyliśmy, by pojawić się na starcie. Tuż przed spotykam Olgierda - który - o zgrozo!!! - biegnie maraton! Odważny!!! 8 kółek latania po Koszalinie... Chwilka rozmowy - "Na życiówkę to raczej nie biegniesz, bo trasa tu mocno pofałdowana - dużo podbiegów". "Nooo, zobaczymy." Nigdy się przed startem nie przyznaję na co biegam, więc i tym razem nie powiedziałam na głos, że innej opcji niż życiówka to nie ma ;) Szybka rozgrzewka, trochę pozowania do zdjęć i chodu na linię startu. Po drodze podsłuchiwałam rozmowy ludzi - na co biegną, do kogo mogę się podczepić. Zagadałam nawet do grupki wojskowych (Team Moro) czy nie chcieliby mnie poprowadzić na coś około poniżej 1h 40 min. Uśmiechnęli się i spytali czy dam radę - może nie wyglądałam zbyt poważnie jak na taki czas :P Cóż - sama muszę zatem sobie radzić! 

Już ostatnie sekundy oczekiwania na start i ruszam. muzyczka gra, mega ciepła i ładna noc - lecę. Wybieg ze stadionu na ulice Koszalina i w okolicach 2 km dołącza się do mnie jakiś człowiek w przebraniu - peruka, okulary, brak numerka. Hmmm. Ciekawe. Czyżby to był Adam W??? tutaj muszę wtrącić - jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o tym, że fajnie by było, gdyby mnie poprowadził na jakąś życióweczkę tak jak on to potrafi - czyli w jakiś pojechany sposób ;) Myślałam wtedy o 5 km. Ale półmaratonem też nie pogardzę :P Słyszę, że pan mnie zagaduje - "Na ile biegniesz? Mogę się dołączyć?". I nawiązuje gadkę - "Skąd jesteś? Z kim przyjechałaś? Jak masz na imię?". Już wiem, że to Adam :) No i za chwilkę mam potwierdzenie - "Adam jestem.". "Wiedziałam od początku :D". I teraz już wiem - to będzie dobry bieg :) 4 kółeczka, 21 km obcowania z humorem AW - idealnie :D Biegło się bardzo dobrze. Pomimo górek (Total Ascent 678 m, Total Descent 686 m). Te 4 kółeczka pozwoliły mi na odpowiednie rozłożenie sił. Podczas pierwszego poznałam trasę i dzięki temu na następnych wiedziałam, gdzie będzie ciężej, a gdzie mam odpocząć :) Ostatnie kółko już mocno czułam. Ostatnie 3 km mnie wymęczyły. Obiecanki Adama, że jeśli złamię 1h 35 min odda mi okulary nie pomogły niestety :P Aczkolwiek ostatnie 400 m - czyli kółko na stadionie - było fantastyczne. A czemu? Bo usłyszałam komentatora: "Mamy pierwszą kobietę na mecie!". Czyżbym była druga??? Nieee... A jeśli?? Lecę!!! 

I.... jestem druga!!!! Ok - mała impreza, zbytnich tłumów nie było, ale pudło na półmaratonie - fantastyczne uczucie!!! Czas na mecie 0:36:00 (przestawienie czasu to fajny myk :P) - ok prawidłowa nowa życiówka 1h 36 min :) Na mecie zdjęcia, rozmowa  z radiem Eska, z panami wojskowymi, czekanie na Tomka i Mończę (złamała 2h!!! więc plan też wykonany), ciepła zupka i powrót do Unieścia, by nie pójść spać - dekoracja o 7 rano.... 


Nie poszłyśmy z Mończą spać. Tomek i Agata stwierdzili, że na dekorację nie jadą i zaszyli się w pieleszach. A my z Mończą o 6 w samochód, by po drodze zahaczyć jeszcze sklep po kawę i śniadanie. I przed 7 oczekiwanie na sali na rozdanie "pucharów" :) Podium zaliczyłam dwa razy - drugie miejsce w Open kobiet i pierwsze miejsce w kategorii wiekowej. Tuż po obie byłyśmy wykończone już zupełnie, ale poczekałyśmy jeszcze na losowanie nagród - do wylosowania Garmin!!! Jeden dla kobiet i jeden dla mężczyzn. Co wyciągniętą karteczkę obie podskakiwałyśmy, ale niestety żadnej z nas to szczęście nie spotkało :( Trudno. Powrót do Poznania pamiętam jak przez mgłę - nieprzytomna byłam zupełnie. Ale jaka szczęśliwa!!! Impreza udana. Bardzo fajny bieg. W tym roku szykuje się kolejna edycja - ja już się nie zdecyduję - nie chcę biegać tych samych zawodów, gdy dookoła taki wybór - ale jakby co POLECAM! :) 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Panny maratonki.

[Wpis siostrzano - gościnny :)]

Dobrze jest mieć biegającą siostrę. To znaczy: czasem jest ją trudno w tym biegu złapać. Jak się człowiek porządnie rozbiega to później też w życiu nie potrafi się zatrzymać. Chyba, że jest mameją. Taką jak ja. To nawet bieganie w żaden sposób go nie rozrusza. Ale w końcu imię zobowiązuję. Dodać do imienia „Maja” takie ładne „me” i wszystko jasne. Jest się mameją i można mieć pretensje jedynie do rodziców. No bo jak to do siebie? Bezsensu.

Kaja zaraziła mnie bieganiem w bardzo prosty sposób. Założyła się ze mną, że przebiegnę półmaraton. Ona mówiła: dasz radę. Ja się stukałam w czoło. Jednak nie mogłam oszukiwać, bo zakład był o nic, taki po prostu. Musiałam więc spróbować i jak zwykle okazało się, że nie mam racji. To znaczy moja racja po prostu była błędna, bo mamejska.


Pamiętam, że bardziej stresowałam się podczas treningów, cały czas mówiąc sobie, że jak to?, nie przebiegnę tego dystansu, po co się w to pchałam. Gdy odkryłam, że powyżej 3km biega się zdecydowanie łatwiej, świat leżał u moich stóp. Zaliczałam po kolei: pierwsze bieganie w deszczu,  pierwsze nieudane bieganie w sierpniowe południe, w pełnym słońcu (trzeba było głowę pod kran, w zlew pełen mroźnej wody wsadzić, żeby ostudzić tę nagrzaną patelnię), pierwsze 12 kilometrów, pierwsze 16 kilometrów, w tym odkrycie, że w trakcie biegu można nie tylko rozmawiać, ale i śpiewać. No i w końcu pierwsze, drugie, trzecie… zawody.

Najłatwiej jest się zapisać na bieg. Klikasz i już.

Dopiero potem zdajesz sobie sprawę z konsekwencji podjętej decyzji. Oczywiście można sobie odpuścić, ale trzeba wtedy zmierzyć się z zawodem. Gdy człowiek zawodzi się na samym sobie, nie ma takiej siły, która by go uratowała. Wyobraża sobie wtedy, że cały świat się z niego śmieje, że wszyscy, każdy po kolei, kogo zna, wytyka mu jego słabość.

Nic więc dziwnego, że na 16km półmaratonu w Pile wystękałam Kai, że nie przebiegnę i wszyscy mnie wyszydzą. Co z tego, że Ci wszyscy nawet kilometra nie potrafią przebiec? Czy to ma w trakcie takiej załamki znaczenie? Żadne. Wszystko tkwi w głowie. Oczywiście złe myśli betonuje też cały szwadron procesów biologiczno-chemicznych. Czysta fizjologia. 

Mówią więc: jedz mięso, bo inaczej co? Inaczej zdechniesz, zemdlejesz, jak można w ogóle się tak odżywiać? Scott Jurek pokazuje, że można. Zanim dobiegnę do Jurka, może rzeczywiście zejdę z tego świata. 

Póki co: uczę się.

Od Kai uczę się jak trenować. Chociaż i ona dokłada mi do ognia. Co tak wolno biegasz? Stać Cię na więcej! Mameja mówi mi, że nie, ale nie odpuszczam, bo już raz okazało się, że to nie ona miała rację, a Kaja właśnie. W końcu siostra sama przecierała pierwsze szlaki przygotowań pod dłuższe biegi. Metodą prób i błędów doszła do… No właśnie gdzie?

Niby zdobywa kolejne sukcesy, ale wciąż jej mało. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na tyle, że już jej nie wystarczy fakt, że sama biega i dobrze jej idzie. Dobrze?! Phi! Wolne żarty. Apetyt Kai na bieganie przekracza granice, ekspansja dokonuje się z dnia na dzień. Zadowolona z moich pierwszych biegów,  chce więcej. Chce bym przebiegła swój pierwszy maraton. 

Rozpisała mi plan. Kliknęłam - zapisałam się na maraton w Dębnie.

I rozpoczęłam treningi. A Kaja mi powtarza dzień w dzień, że nie tylko przebiegnę ten maraton, ale zachce mi się więcej i będę latać ultramaratony.

Co mówi mameja wiadomo. Póki co każdym treningiem gram jej na nosie :)

[by Maja]

niedziela, 22 grudnia 2013

Brrrr. Ale zimno!


Morsowanie



Tym razem krótko i na temat ;) Z racji tego, jak już wiadomo, że uwielbiam nowości, sprawdzanie się, testowanie granic organizmu, a tym bardziej walkę ze swoimi słabościami, postanowiłam spróbować czegoś nowego. Morsowania! Listopad, grudzień i kąpiel? Tego jeszcze nie próbowałam! A marznę często, gęsto jak cholera, więc wyzwanie jest! I tak oto 24.11 pierwsze podejście stało się faktem. Teraz mam za sobą dopiero trzy wejścia, ale nie zamierzam rezygnować z dalszych kąpieli :) Ale zacznijmy od początku. [zaczerpnięte z różnych portali internetowych :) - źródła podane w nawiasach :)]

Czym jest morsowanie? 
Najprościej mówiąc - kąpielą w zimnej wodzie w otwartym akwenie :) 

Kto może sobie pomorsować? [oryg.]
"W zasadzie nie ma zbyt wielu barier stojących na drodze do zostania MORSEM. Bo MORSEM może być każdy: kobieta i mężczyzna, dorośli, nastolatkowie, ale także ludzie w podeszłym wieku, czy starsze dzieci. Osoby szczupłe i z większą tuszą – waga ciała i grubość tkanki tłuszczowej nie ma specjalnie większego znaczenia."

Przeciwwskazania. [oryg.]
"Przed rozpoczęciem kąpieli w zimnej wodzie konieczna jest konsultacja lekarska. Istnieje wiele różnych chorób, w przypadku których zimne kąpiele są niewskazane lub nawet mogą wywołać wiele niekorzystnych reakcji organizmu. 

Oprócz chorób serca i układu krążenia, nadciśnienia, choroby naczyń mózgowych, choroby nerek i wątroby, cukrzycy, niektórych zaburzeń psychicznych, padaczki  do takich schorzeń należy borelioza, czyli przewlekła infekcja bakteryjna, przenoszona na człowieka przez kleszcze."

Kiedy zacząć? [oryg.]
"Nie ma reguły. Wydaje się, że najbardziej sensowne, bo "bezbolesne" jest rozpoczęcie kąpieli latem. Tak, latem. Pływając codziennie lub prawie codzienne w naturalnym akwenie wodnym przyzwyczajamy organizm do stopniowej zmiany temperatury wody na coraz niższą. Oczywiście przygodę z morsowaniem można zacząć i w zimie, w środku sezonu, ale wtedy przeżyjemy większy szok. Wybór należy do Was, sezon MORSY rozpoczynają zwykle w październiku"

Co będzie nam potrzebne? [oryg.]
"Rzeczy absolutnie niezbędne:
  1. kapielówki lub strój kapielowy – zwykłe lub takie do nurkowania z neoprenu,
  2. ręcznik,
  3. karimata lub kawałek styropianu, na którym można stanąć podczas przebierania się,
  4. czepek lub czapka,
  5. buty z neoprenu (ja używam klapków najzwyklejszych :)),
  6. rękawiczki,
  7. ubranie na zmianę,
  8. termos z gorącą herbatą,
  9. sportowy strój,
  10. dla nurków oliwka, najlepiej w żelu,
  11. Przydatne mogą być kilof, siekiera – do wyrąbania przerębla."
Wrażenia?
Teraz czas na moje wrażenia :) Cóż - pierwsza kąpiel - teren nieznany. Weszłam jak stałam. Szybko, sprawnie, boleśnie :D Zimno czuć od razu, ale że postanowienie było, więc wycofać się już nie mogłam. Później kwestia czasu, by się przyzwyczaić. No i przeżyłam. Niesamowite uczucie, gdy się wychodzi i wszystko pali. Rozchodzi się ciepło po organizmie - nie czuć stóp, a uda dosłownie "palą". Potem szybkie ubranie się i dochodzi do organizmu, że przed chwilą było mu bardzo, bardzo zimno. Jednakże ciepła herbatka (termos - niezbędnik morsa :)) bardzo pomaga. Dojście do siebie chwilkę trwa - ale jakaż później satysfakcja, jakie samopoczucie! Nie wiem czy to kwestia kąpieli, czy jakiejś magii w głowie :), ale człowiek czuję się lepiej, zdrowiej, bardziej fit :) 

Na przeróżnych stronach znaleźć można różne informacje odnośnie zimowych kąpieli (z paru z nich skorzystałam :)). Ze względu na to, że ja dołączyłam do grupy Poznań Morsy, stąd też polecam tę stronkę: http://www.poznan.morsy.pl. No i oczywiście dołączenie do tej grupy! I koniecznie przetestowanie siebie :) 

FIT FOR FUN POLECA :)

środa, 11 grudnia 2013

Z pamiętnika maratończyka. Odsłona szósta.

Z lekką nutką niedosytu.


Po maratonie we Wrocławiu apetyt zdecydowanie się wyostrzył. Czułam, że mam zapas, że mam siłę i że mogę wszystko. Fakt faktem wszystko złożyło się idealnie na taki, a nie inny wynik - samopoczucie, pogoda, trasa, towarzystwo. Wszystko ze sobą współgrało i pozwoliło mi polecieć wbrew swoim oczekiwaniom. Kolega, z którym biegłam, po biegu, zadowolony z wyniku, powiedział: "Poznań biegniemy na łamanie 3h 30'." Podeszłam do tego wówczas z bardzo dużą rezerwą i lekkim sceptycyzmem. W miesiąc mam zejść o ponad 6 minut? Mało realne. Z takim przeświadczeniem pożegnałam Wrocław. 


Ale miesiąc mijał, a w głowie kiełkowało zasiane ziarno. "3h 30'? Nie jest to takie nierealne" - myślałam sobie. "Trochę odpocznę, trochę pobiegam. Jak się trafi dzień, pogoda i organizm nie odmówi współpracy to spróbuję." Nie wygrywa się bez podejmowania prób. Jak się nie uda to się nie uda. Parę razy nawet przyśnił mi się ten Maraton Poznański - w każdym ze snów spóźniałam się na start. Ciekawe czy to cokolwiek znaczyło. Wówczas jakoś się nad tym nie zastanawiałam. Jedyne co, to budziłam się z uczuciem niepokoju, że co jeśli tak naprawdę będzie? Ale nie było co gdybać. Nie mogłam zaspać, bo miałam już przygotowany w głowie plan na odpowiedni strój na bieg ;)

I tak sobie miesiąc mijał. Na kompletowaniu stroju i bieganiu - ale bez przesady, by w dniu maratonu być świeżą i z głodem do biegania. Nadszedł weekend. W piątek odebrałam pakiet, a w sobotę wraz z siostrą kolegę z Targów. Nocleg przypadł u mojej siostry, gdyż od niej bliziutko na miejsce startu. Obowiązkowy makaron na obiad, a wieczorem piwo na szczęście, by tradycji stało się za dość :) Idąc spać zastanawiałam się czy zaśpię rzeczywiście, czy jednak uda mi wstać o właściwej godzinie. 

Niedziela. Pobudka o 6:00. Jednak nie zaspałam. I od razu szykowanie się - jakbym szła na jakiś bal, a nie biegać :D Najwięcej zabawy z włosami. Nie umiem używać takich doczepek, jak widać na zdjęciach - z 5 razy podchodziłam do tego, aż w końcu się poddałam i doczepiłam byle jak - jedynie tak, by się trzymało w kitce. Ze strojem i makijażem poszło szybciej ;) Tego typu zabiegi przed kolejnym podejściem do dystansu maratońskiego zdecydowanie mnie..., hmm, uspokajały? Chyba tak można powiedzieć. Na pewno rozluźniały. W głowie miałam łamanie 3h 30', na głos mówiłam, że pobiegnę spokojnie na okolicę 4h zapewne - tak, jak organizm pozwoli. Chociaż pierwszy raz się przyznałam do planu - nie jestem przesądna, ale nigdy nie mówiłam na głos, bo uważałam, że to może zapeszyć - aż do teraz - powiedziałam siostrze. Nie, żebym zrzucała odpowiedzialność... ale o tym na końcu. W końcu śniadanie i poganianie siostry i kolegi, by już wyjść. Chyba trochę za nerwowo jednak. I kierunek - Targi. 

Na miejscu depozyt i parę rozmów ze znajomymi - jak zamierzam biec, że na kolejną życiówkę to tym razem chyba nie, bo w końcu przed chwilą Wrocław, a trasa w Poznaniu trudna, bo profil nieciekawy. Że trudno będzie dobrze pobiec, a lepiej niż we Wrocławiu to już chyba zupełnie nie. W większości przytakiwałam, chociaż w głowie miałam swoją mantrę. Pogoda zapowiadała się dobrze, wyspałam się i czułam świetnie, więc czemu nie miałoby się udać? Pamiętałam trasę sprzed roku i podstawowe założenie było - dokopać w końcu Poznaniowi. Do 3 razy sztuka. Za trzecim razem nie może być tak źle jak wcześniej! Taki był plan.
Wojciech Kufliński Photography

Przed biegiem jeszcze zdjęcie wspólne z Night Runnersami i można ruszyć na start. Obok siostra na rowerku, z którą do końca się nie dogadałam, bo przed biegiem miałam jej zostawić kurtkę jeszcze, a ona już odjechała. Szybki telefon w zgiełku na starcie - udało jej się do mnie wrócić i zabrać okrycie. Ale nie rozgrzałam się jakoś super. Tuż przed startem podniecenie. Obok kolega, z którym biegniemy na 3h 30'. I START.

Zaczęliśmy z balonikiem na zaplanowany czas z założeniem, że po 5 km wyprzedzimy i się trochę oddalimy, by nie biec w tłumie. Do 5 km rozgrzewka. Po drodze na trasie, która przechodziła obok mojego osiedla, kumpela. Stanęła ze złej strony trasy i by wrócić do domu musiała przeczekać aż wszyscy przebiegną :D Obok cały czas siostra na rowerze. W okolicach 6 km wyprzedziliśmy baloniki, by pobiec przed nimi. Czyli wszystko idzie zgodnie z planem. I tak sobie lecieliśmy. Po drodze doping NR, który naprawdę pomagał :) No i zabawa. Pozowanie na pierwszym miejscu - co chyba widać na załączonych zdjęciach :) Do 21 km wszystko szło super. Czułam się świetnie. Biegło się dobrze. Po 21 km dołączył do nas samochód telewizyjny, który zaczął jechać przed nami. Od tego momentu plan powoli zaczął się sypać...

Samochód z panami kamerzystami jechał z nami przez około 2-3 km. Nie pamiętam dokładnie. I cały czas kręcił naszą grupkę, bo, cytując pana obok kamery: "Patrz jaka fajna dziewczyna. Kręcimy!". Narzucił trochę tempo, więc automatycznie się go trzymałam. I cały czas przyklejony uśmiech do twarzy. Na 23, albo 25 km komentarz pana z Ukrainy, który ze mną dobiegł na metę: "Źle oddychasz. Strasznie płytko. Zamęczysz się." I od tej pory zaczęłam zwracać uwagę na oddech. Zaczęło mi się źle oddychać. Do 30 km jakoś poszło, chociaż złapałam po drodze kryzys. Miałam momenty, gdy czułam, że zaraz zjadę - kręciło mi się trochę w głowie i wtedy bardzo mocno skupiałam się na dotlenieniu. Już nie biegło się tak dobrze, a przede mną droga warszawska - 4 km prosto. Nie lubię tego odcinka. Ale do 34 km jakoś dało radę mimo, że zwolniłam i trochę osób mnie wyprzedziło. Cały czas biegłam z kolegą i panem z Ukrainy. W pewnym momencie mówię do kolegi: "Poprowadź mnie.". Więc poprowadził. Ale przez chwilkę tylko, bo nie dotrzymałam tempa, odbiegł, nie udało mi się już go dogonić i tak mi zniknął z oczu. Powiedział później, że gdy się odwrócił, by sprawdzić czy jestem to już mnie nie widział, więc poleciał. Bardzo dobrze, bo bez sensu bym go spowalniała.

34 km wspominam źle. Źle chyba też wspomina go moja siostra, która dzielnie jechała całą trasę obok, aż do momentu, gdy popatrzyłam na nią z taką nienawiścią w oczach, że stwierdziła, iż woli mi się nie pokazywać i odjechała. Zostałam z panem z Ukrainy, któremu powiedziałam, żeby pobiegł sobie, bo ja mu tylko psuję ten bieg. Ale postanowił, że ze mną zostanie do końca. Od 36 km do 40 było źle. To była walka. Zwłaszcza, że na cholernej Serbskiej (38 km tempem 6:00 - miałam wrażenie, że się czołgam....) dorwały mnie baloniki na 3h 30', a ja ich nie utrzymałam, chociaż przyspieszyłam. Plan poszedł się, ładnie mówiąc, je...ć. W głowie teraz tylko - nie poddać się i chociaż troszkę urwać z życiówki! Od 38 km myślałam tylko o kilometrze 40stym, bo tam mieli stać NR z dopingiem. Potrzebowałam niesamowicie jakiejś znajomej dopingującej twarzy. Do tego 40 km dotarłam lekko nieprzytomna. Tzn. nie do końca pamiętam ten odcinek - jak w amoku. I tutaj odnowa - napój izotoniczny, którym się cała zalałam - od oczu, które zaczęły szczypać, po iPoda, który do tej pory nie działa jak powinien. I znajome twarze przy trasie. Pomogło. Pomogło jak cholera. Przede mną już tylko 2 km z podbiegiem po kostce brukowej na Mickiewicza. na 41 wyprzedził mnie kolega, który klepnął mnie w plecy i krzyknął: "Dajesz!". Powiedzmy, że posłuchałam. Tak jak się dało, tak podbiegłam. Na końcu siostra czekała przy bramie już. Do mety poleciałam. Z daleka zobaczyłam, że może plan niewykonany, ale aż tak źle nie jest - życiówka będzie. W bólach, bo w bólach, ale będzie.

I tak oto przekroczyłam linię mety: 3h 32' 22'' netto. Nowa życiówka. Mogłabym zrzucić winę za to, że plan się nie udał na fakt wypowiedzenia go na głos, ale wiadomo, że to nie to. Aczkolwiek już więcej mówić nie będę. Nie będę zapeszać :) To co mam w głowie pozostanie jedynie moje. Później mogę się przyznawać. Zamiast się mega cieszyć, ucieszyłam się tylko częściowo, gdyż pewien niedosyt pozostał. Ale w sumie dobrze, bo nie osiądę na laurach i mam do czego dążyć - kiedyś się uda! Tego się będę trzymać :) Do Dębna!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

400 km asfaltu. Część druga.

Wyzwanie główne: 400 km
Wyzwanie dodatkowe: 30 dni (w) biegu
Średnie tempo: Poniżej 6:00 min/km.
Czas na realizację: 1.11.2013 - 30.11.2013


Listopada dni kolejne... Ciąg dalszy wyzwania. 15-sty skończył się obroną doktoratu i imprezą. Pod koniec 15.11 nabiegane 224 km. 24 km zapasu, więc dobry prognostyk na drugą część miesiąca. W planach - luźniejszy ostatni tydzień, zwłaszcza parę dni przed 30.11, by na GP Z Biegiem Natury mięśnie odpoczęły. Zatem jak najwięcej należy zrobić przed ostatnim tygodniem. Taki plan pojawił się 16.11. A co z tego wyszło? Relacja poniżej.

16.11.2013 Po imprezie. Godz. 19:00. Ponad 15 km tempem 5:35. Zdecydowanie lepiej z mięśniami dziś. Dłuższy odpoczynek dobrze zrobił. Nie biegło się ciężko. Pogoda fajna. Super dotlenienie (zwłaszcza, że po dość hucznej zabawie) :)

17.11.2013 Niedziela. Bieg z towarzystwem. Wpierw dobieg nad Rusałkę, potem szukanie towarzysza, bo jakoś postanowił znaleźć się w innym niż umówione miejsce ;) Zatem ok 6 km dobiegu i potem 12 biegu właściwego - w towarzystwie jakoś mniej zwraca się uwagę na lecące kilometry. Rozmowa umiliła w sumie jakieś 7-8 km i potem już tylko powrót do domu. Bardzo przyjemne bieganie.

18.11.2013 Dobieg na Cytadelę, 5 km tempem 5:00 i powrót do domu. W sumie 18 km. Z nową zabaweczką :) Garminkiem (Garmin Forerunner 210 HR Multicolour). Nie wiem jak można biegać z tym pasem, bo z tym sobie jeszcze nie radzę - przeszkadza cały czas.

19.11.2013 10 km na Termy. Odpoczynek w wodzie. Powrót tramwajem, bo wieczorem 6 km z siostrą. Biega się miło. Chociaż wieczorem zdecydowanie lepiej.

20.11.2013 15 km wieczorem. Już zaczynam odliczanie dni do końca. I w głowie non stop kalkulacje - ile km zostało, ile za mną, jak rozłożyć? Wszystko przeliczone w każdym kierunku. Tak, by odwrócić uwagę od bólu. 309 km sumarycznie. Dziesięć dni do końca. 2/3 za mną. A tak, by tę uwagę jeszcze odwrócić - czasem w głowie przeliczam sobie podczas dłuższego biegania/chodzenia różne rzeczy. Dzisiaj mnożenie: 126*352. Szkoda, że zapomniałam co mi wyszło... :D i nie mogłam sprawdzić później czy dobrze przemnożyłam.

21.11.2013 10 km na Termy, pływanie i 10 km powrotu. Boli już. Mięśnie ud głównie. Czuję przemęczenie. Utrzymanie tempa 6:00 jest ciężkie naprawdę. A jeszcze 9 dni... Moment zawahania. Wiadomo, że się nie poddam i nie zrezygnuję, ale myśl: "Po co Ci to?", gdzieś tam się kołacze.

22.11.2013 7 km o 6 rano. Biegam, bo muszę. Taki ból mięśni, że ciężko było utrzymać tempo 6:00. Postanowienie - przerwa ponad 24 h, bo inaczej padnę. A już tak niedaleko - 336 km za mną. Tych 64 nie odpuszczę. Zatem - dłuższa przerwa.

23.11.2013 15 km w tempie 5:29. Biegło się super! Przerwa ponad 24 h była zdecydowanie potrzebna. Nogi lekko czuć, ale nie było problemu z tempem żadnego. Aż się chciało biec :)

24.11.2013 5 km do przyjaciółki. Przerwa. 11 km do domu. Z padającym deszczem, śniegiem [który padał chwilkę, ale akurat jak biegłam], deszczem raz jeszcze, wiatrem i wszelkimi atrakcjami pogodowymi. Ale biegło się dobrze. Zmęczenia chwilowo nie ma. Za to pierwszy śnieg na twarzy był miłym uczuciem :) (ok - brzmi nienormalnie, ale naprawdę tak pomyślałam - jak to miło będzie się biegało, gdy śnieżek będzie już leżał, odbijał światło, skrzył się i mienił podczas wieczornych przebieżek).


25.11.2013 18 km. W tym 5 km z NR na Cytadeli. Bardzo dobrze się biegło. Tempo 5:25. W głowie tylko jedno - oby zostało jak najmniej. Może jutro się uda osiągnąć cel i potem już tylko realizować ten drugi? Czy jutro 400 pęknie???? Mantra odliczająca dni w głowie. Jeszcze tylko 5!

26.11.2013 14 km do końca wyzwania. Z założeniem pokonania ich dziś wybiegam. I tylko w głowie jedna myśl odliczająca km. Odejmuję, dodaję, myślę o nich. Całą drogę. Trasa przez Rusałkę. Na 7 km kryzys - jednak nogi z wczoraj czuję. Bolą.... I to mocno. Za krótka przerwa. I myśl: "Mam jeszcze 4 dni. Skończę na 7 km, jutro dobiegam resztę". Ale nie - nie mogę się poddać. Ten bieg to prawdziwa walka. Naprawdę, ale to naprawdę boli - ale nie urazowo. Zmęczenie maksymalne. Ale na 14 km myśli krzyczą - Udało się!!!! W sumie 15 km. Tempem 5:58 - bardzo mocno wypracowanym w głowie, bo nogi krzyczały: Zwolnij!. Już tylko 4 dni do końca! Jedynie teraz utrzymać tempo :)


27.11.2013 7:00 w trasę. 7 km. Chyba jakoś nogi odpoczęły, bo tempo 5:13. Jak na skrzydłach po wykonanym zadaniu :) Do tego miła pogoda - mróz, ale świeci słońce - powietrze orzeźwiające. Dobry początek dnia!


28.11.2013 5 km po południu. Chciałam 7, ale prawe kolano boli, rwie, ciągnie i krzyczy [przyp. zerwane wiązadła, uszkodzona łękotka, śruby w kolanie], więc nie ma co przesadzać. Ważne, by utrzymać tempo. Jeszcze 2 dni do zakończenia :) Kolano potraktowane tak, by ucichło.

29.11.2013 7 rano. Z zaskoczenia w sumie, bo obudziłam się przed budzikiem, zdziwiłam i przez chwilę zastanawiałam co ja to miałam zrobić? Ach tak - biegać! 7 km tempem 5:06. Chciałam 5:00, ale jakoś wszelkiego rodzaju przejścia dla pieszych i światła po drodze trochę plan mi zepsuły. Kolano zamilkło - chyba wczorajsza terapia mu pomogła. Dzień przedostatni. Jutro koniec. Co ja ze sobą w niedzielę zrobię??? W planach ma to być pierwszy od 31 dni [przyp. 31.10 - urodzinowe 29 km] niebiegowy. Jestem ciekawa jak mi się to uda.


30.11.2013 Z Biegiem Natury. Nie chce mi się biegać. Ok - może i biegać się chce, ale ścigać zupełnie nie. Czuję ogólne zmęczenie, ale, co dziwne, nie znużenie. Powinnam być już bardzo znudzona codziennym bieganiem. Sam bieg w miarę ok - dużo błota, ale ja w końcu błotko lubię ;p Tak się zastanawiam czy dobiegać do okrągłego wyniku - ale nieeee. 427km 905m wygląda naprawdę ładnie. Tak zostanie! KONIEC :) i meeega zadowolenie - jak na zdjęciu obok!




PODSUMOWANIE: To, że mam czasem dziwne pomysły już wiadomo od dawna. Lubię stawiać sobie cele i je realizować. Lubię sprawdzać siebie i swoje możliwości. Szukać granicy, której nie uda mi się już pokonać. Te 400 km było naprawdę niezłym wyzwaniem. Chociaż myślałam, że będzie gorzej. Miałam momenty zawahania, momenty zwątpienia, momenty bólu, zmęczenia i zmuszania się do biegu, ale było ich stosunkowo niedużo w porównaniu do tego, jak sobie to wyobrażałam. Myślałam, że będzie to prawdziwa walka. Była, ale zdecydowanie lżejsza. Nielekka, ale lżejsza od wyobrażeń. Wiele myśli w trakcie tych biegów kotłowało mi się w głowie. Zastanawiałam się jak to opiszę na sam koniec. Ale po dniu przerwy od biegania (pierwszy dzień za mną! - przeżyłam, chociaż te 31 dni uzależniło i dziwnie się troszkę czułam) nie umiem już odtworzyć części z nich. Nic mnie nie boli, kolana może lekko sztywne, ale nie myślę sobie: DOŚĆ! Już nie biegam. Doświadczenie bardzo ciekawe. Na pewno testujące wolę/charakter/czy jak to nie nazwać. Napisałabym - "Pierwszy i ostatni raz!", ale boję się, że bym skłamała.  Zaliczone. Przetestowałam się. Czas na zasłużony odpoczynek! Zamykam sezon zadowolona :) Może nie w 100%, bo wówczas osiadłabym na laurach, ale tak na 95% plany wykonane! :)  Z niepokojem patrzę na przyszły rok, bo ciężko powiedzieć co mi jeszcze do głowy wpadnie... :D