niedziela, 17 listopada 2013

Zdrowo. Zdrowiej. Najzdrowiej.

Warzywnie.

Na warsztat poszły warzywa. Pierwszy przepis całkowicie autorski, drugi zmieniony, ale jak zwykle zaczerpnięty z Internetu ;) [przepis] - przerobiony przeze mnie tak, by mi odpowiadał :) Ale, że warzywnie tym razem to bardzo zdrowo. Mięsożerców (też nim jestem ;)) uprasza się o wypróbowanie i nie marudzenie :) 

PLACKI MARCHEWKOWO-BAKŁAŻANOWE


Składniki:

0,5 bakłażana szklanka
1 marchewka
3 łyżki mąki orkiszowej
1 jajko
sól
pieprz
śmietana (użyłam 18%)
zioła prowansalskie (bądź inne ulubione ;))

Wykonanie:




Bakłażana obrać i zetrzeć na tarce na dużych oczkach. Tak samo potraktować marchewkę :) Do startych warzyw dodajemy mąkę, jajko, sól i pieprz. Wszystko ładnie mieszamy. Gotowe do smażenia :) Ja zazwyczaj smażę bez oliwy/oleju, ale tym razem smażone na oleju z pestek winogron z chili :) Placki zjadamy z ulubionym sosem - ja użyłam śmietany z solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi. Pycha! :)





BURAKI Z MOZZARELLĄ

Składniki (dla jednej osoby):

2 małe buraki 
mozarrella
jogurt naturalny
pomarańcza
sól, pieprz, zioła prowansalksie




Wykonanie:

A teraz czas na coś purpurowego. Buraki z pieca z mozarrellą w sosie jogurtowo-pomarańczowym! Niesamowicie proste danie! Buraki obieramy, owijamy w sreberko i pieczemy. 1,5h w piekarniku nagrzanym od 180-200 stopni Celcjusza. Tak, aby były miękkie.

Według przepisu powinno się je piec w skórce. Ale jak dla mnie łatwiej się je obiera najpierw, a później piecze. Przepis przerobiony - zatem - po upieczeniu kroimy tak, by łatwo stały na talerzu - na pół, a później połówki znów na pół. To przekładamy mozarrellką :) I polewamy sosem. A sos? Jogurt naturalny ze świeżo wyciśniętą pomarańczą (nie całą ;)) - tak, by był sok i fragmenty pomarańczy. Doprawiamy - sól, pieprz, zioła. I polewamy nasze buraczki :) Gotowe do zjedzenia!






SMACZNEGO!

sobota, 9 listopada 2013

Pasztetożercy. Odcinek czwarty.

Uwielbiam szpinak i jak już we wcześniejszym poście pokazałam potrafię użyć go w każdym daniu. Tym razem też będzie o szpinaku. Ale nie będzie on odosobniony, bo w parze z łososiem. W formie pasztetu.

I historia się powtarza. Pewnego pięknego dnia siedziałam sobie i myślałam, że chętnie zjadłabym właśnie taki pasztet. Znowu do pomocy przyszedł Google. Wyszukałam, przejrzałam przepisy i wybrałam ten, na którym będę się wzorować [PRZEPIS]. Ale jak to ja - przerobiłam go pod siebie. A poniżej cóż z tego wyszło :)

Pasztet szpinakowo-łososiowy.




Składniki: 

300 g świeżego łososia norweskiego
400 g świeżego szpinaku
2 duże jajka
100 ml śmietanki 18%
orzechy włoskie
czosnek
łyżeczka soku z cytryny
0,5  łyżeczki mielonej kozieradki
0,5 łyżeczki mielonej słodkiej papryki
0,5 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
świeży tymianek
siemię lniane
oliwa
pieprz, sól


Przygotowanie:


Część łososia (według przepisu znalezionego jest to 100-130g, ale ja jak zwykle zrobiłam to na oko ;)) pokroić w kostkę, a resztę przepuścić przez maszynkę do mięsa - razem z czosnkiem - też niech się przemieli. Do przemielonego łososia (korzystałam z wielkiej, całej ryby, więc ciężko w sumie mi powiedzieć ile tego łososia udało mi się od ości oderwać;)) dorzucamy jajka*, sok z cytryny, sól, pieprz, paprykę i gałkę muszkatołową. Do tego dodajemy rozmrożony, przecedzony szpinak (wyciskamy szpinak z wody na ile się da! by był jak najbardziej suchy).

[* Co do jajek - można zrobić taki myk, że dodajemy najpierw żółtka, a białka miksujemy na sztywno i dodajemy je na samiutkim końcu. Przy niektórych pasztetach tak zrobiłam - były bardziej takie puszyste. Tutaj mi się nie chciało :P]

Następnie dodajemy śmietankę i wszystko ładnie pięknie razem mieszamy na miłą, jednolitą masę. Dopiero do tego dodajemy kawałki (niezmielone) łososia oraz posiekane orzechy włoskie (myślę, że można pokombinować też z innymi, ale ja bardzo lubię włoskie ;) - tak myślę, że suszona żurawinka też dałaby radę). Wszystko wymieszać.



Teraz próbujemy czy pasztet jest doprawiony - ja to robię od razu - w sensie na surowo, ale jeśli się boicie surowej ryby to wg przepisu z Google - "Na małej patelni rozgrzać odrobinę oliwy i podsmażyć na niej 1-2 łyżki pasztetu. Spróbować czy jest dobrze doprawiony (jeśli nie, będzie niesmaczny). Najlepiej ostudzić podsmażoną porcję i skosztować na zimno, gdyż wtedy sól jest mocniej wyczuwalna i można sprawdzić, czy masa na pewno wymaga dosolenia.". Ja tego nie robię - próbuję surowego pasztetu. 





Następnie pasztet przekładamy do podłużnej formy wysmarowanej oliwą i wysypanej siemieniem lnianym (można wysypać teżpłatkami owsianymi/orkiszowymi/żytnimi :)). Piec w piekarniku w 180°C przez godzinę :) 




Bon Appetit! 




C.D.N.

Podpowiedź odcinka trzeciego: Purpura będzie to czy czerwień?

niedziela, 3 listopada 2013

Z pamiętnika maratończyka. Odsłona piąta.

Zdecydowanie lubię się zaskakiwać.



Na maraton we Wrocławiu zapisałam się od razu po Krakowie - w
poniedziałek, bodajże dzień po. Korona Maratonów rozpoczęta, więc nie było co się dłużej zastanawiać. Kraków dodał mi skrzydeł i narobił zdecydowanie smaku na więcej, lepiej, szybciej. Ale to był kwiecień - do września kupa czasu. Jakoś się nie przejęłam znowu treningiem. Od Krakowa zaczęło mi się bardzo przyjemnie biegać tak po prostu - jak organizm chciał (a chciał dużo) i jak mógł. I pojawiła się cała masa różnych zawodów. Tak jak do tej pory biegałam w zawodach naprawdę mało, tak teraz pojawiła się ich cała masa.  

Czas mijał i mijał. Niesamowicie szybko. Nie wiem czy też tak macie - ale ten rok śmiga mi przed oczami. Lubię czekać na jakieś wydarzenie. I na ten maraton czekałam. A passa biegowa była. Na dwa tygodnie przed 10 km w Bednarach i całkiem wyśrubowana życiówka (nie wiem czy uda mi się ją szybko poprawić ;)), później, na tydzień przed, półmaraton w Pile, który biegłam z siostrą - jej pierwszy tak długi bieg i od razu bardzo dobry wynik - ma dziewczyna potencjał! Miałam biec jako jej wsparcie, ale chyba ostatecznie pobiegłam jako ktoś kogo ma się ochotę w pewnym momencie zdzielić łopatą przez łeb ;p  Teksty w stylu: "Jestem z Ciebie dumna." przez połowę trasy chyba potrafią lekko zirytować, by się nie wyrazić gorzej. Ale biegało się ogólnie dobrze. 


5 km
Gorzej, że dzień po Bednarach skoczyłam sobie na Cytadelę pobiegać z Night Runnersami - wieczór deszczowy, przemokłam zupełnie i dopadło mnie przeziębienie. Aż do Piły walczyłam wszelkimi sposobami - ciepłe herbatki z miodem i cytryną, sauna (ok - może niezbyt inteligentnie, ale w tym czasie wykorzystałam też 3-dniową wejściówkę do Remplusa - a, że nie umiem sobie odpuszczać, więc zaliczyłam tyle zajęć fitness ile się dało...), jakieś gripexy i inne. Piłę pobiegłam na Gripexie właśnie. Ale, że założenie było - biegnę z siostrą, więc nie było źle. Cały tydzień po tymże półmaratonie jednak odpuściłam. Patrzę w mój dzienniczek treningowy i widzę jedynie dwa wpisy - 5 km i 12 km. Cztery pozostałe dni puste. Co w moim dzienniczku jest naprawdę widokiem rzadkim. 

11 km
Nadeszła w końcu sobota. Z siostrą wpakowałyśmy się do pociągu i ruszyłyśmy w kierunku Wrocławia. Ona z rowerem, by całą trasę mi kibicować :) Podróż minęła szybko, żadnych rewelacji po drodze. Nikomu oczywiście nie przyznałam się na jaki czas się zamierzam. Od jakiegoś czasu przybrałam nową taktykę - BIEGAM DLA LANSU!. Jeśli czasowo nie wyjdzie to przynajmniej będą dobre zdjęcia i tym będę mogła się zasłonić ;) Takie wyznanie - jakoś męczy mnie presja na wynik, dla mnie bieganie to cały czas jest zabawa. Ok - sama narzucam sobie różnego typu rzeczy, wyniki, plany - cały czas do czegoś dążę. Ale to jest moje :) Boję się presji z zewnątrz, więc lans, kolory, okulary i pozy przed fotografami mnie ratują. Poza tym, gdy się bawię na trasie to jakoś mniej odczuwam zmęczenie i ból. Zatem lans rozpoczął się już w pociągu - ćwiczyć w końcu trzeba ;)

11 km
We Wrocławiu zrobiłyśmy sobie spacerek. Wpierw do hostelu, potem na stadion odebrać pakiet. Hostel Dizzy Daisy jest około kilometra od startu. Gdyby ktoś kiedyś szukał noclegu na start we Wrocławiu - polecam :) Szybko skok po pakiet, gdzie umówiłyśmy się z kolegą z Malborka, którego poznałam w Krakowie :) I z nim już ruszyłyśmy do centrum. Może teraz napiszę jakąś straszną straszność, ale - tak - poszliśmy na piwo! Nowa tradycja - jedno szczęśliwe piwo przed startem w maratonie! Ale tylko jedno i do tego tak, by wcześnie iść spać ;)

Noc minęła przyjemnie. Tym razem nie na wspólnej sali i nie z chrapiącymi dookoła ludźmi. Wyspałam się zdecydowanie. Pierwsze po pobudce? Rzut oka przez okno - na pogodę. Słońce, niedużo chmur. Idealnie. W zapowiedziach miał być deszcz - i to nie taka sobie mżawka jak w Krakowie, ale porządniejszy. Liczyłam, że jednak prognozy się nie sprawdzą. Zatem - strój z serii: pełen lans - przygotowany, śniadanie zjedzone (tradycyjnie buła z kremem czekoladowym i kakao), można ruszać na start. Maja na rowerze z niezbędnikiem w plecaku obok.

Na Starcie spotkanie z kolegą z Poznania, który jednym tekstem ściągnął w naszą okolicę ekipę TVN24. I tym sposobem załapałam się na wypowiedź do telewizji ;) [wypowiedź] W sumie plan wykonany - miał być lans? Był! Od razu na początku ;) Z racji tego, że nikomu nie "Jaki czas planuję?" odpowiedziałam - poprawienie życiówki, czyli 3h 48. Chociaż w głowie miałam 3h 40.  Dotarł do mnie kolega z Malborka. Nie pamiętam jaki był plan początkowy - czy biegniemy razem, czy nie. Początek chciałam przetrzymać z balonikami na 3h45, a później wyprzedzić i powoli się oddalać. Tak też zrobiłam. Przez te 5 km biegłam sama. Sama - w sensie nie z kolegą.
mówiłam na co się kodowałam, tak też ekipie na pytanie:

Po 5 km go dogoniłam i jakoś tak poszło, że do samego końca dotrwaliśmy razem. Tak jak nigdy nie lubiłam z kimś biegać, tak tym razem biegło się naprawdę dobrze. W okolicach chyba 9 km zaczęło padać. Dosyć mocno nawet. Zapadało mi okulary - musiałam je zdjąć i przetrzeć i tym sposobem je połamałam. Całe szczęścia siostra na rowerze obok, więc można jej okulary było oddać. Ale deszcz za miły nie był. Ciężko się biegnie, gdy człowiek cały mokry. Po 18 km padać przestało - tylko jakieś takie mżawko-coś siąpiło z nieba. Tuż przed 21 km ucięliśmy sobie pogawędkę z biegnącymi ludźmi obok. Jeden z nich oznajmił, że pamięta mnie z Krakowa, bo za mną biegł :D Miłe :) W ogóle po drodze troszkę sobie pogadaliśmy. Bardziej kolega niż ja, bo ja nie umiem oddychać i gubię oddech, więc słuchałam. I kolegi i muzyki. Taka mieszanka. Ale ogólnie biegło się super. Po 21 km dobiegający do nas pan spytał: "Na ile biegniecie? Jakim tempem?". Gdy usłyszał odpowiedź: "Na tyle ile organizm pozwala" (oboje biegliśmy bez zegarków) to naprawdę się zdziwił.

Ostatnie 12 km było w sumie przyjemne. W tym tempie we Wrocławiu biegło mało kobiet, więc co i rusz słyszałam: "O! Kobieta!" i niesamowity doping. W którymś momencie oznajmiłam koledze, że ostatnie 5 km przyspieszamy. Chyba mi nie uwierzył. Ale rzeczywiście przyspieszyliśmy. Później powiedział, że myślał sobie: "Padnij! Padnij!". Nie padłam. [Chociaż na 38 km musiałam zjeść żel - wiem, że pewnie nie zdążył zadziałać, ale poczułam się lepiej.] Wyprzedzaliśmy i wyprzedzaliśmy. I takim sposobem na metę dotarliśmy z czasem 3h 35min 47s. Euforia i kolejne zaskoczenie. Chciałam łamać 3h 40, a sprawiłam sobie kolejną niespodziankę :) Lubię takie niespodzianki. Bieg w pełni satysfakcjonujący, co również widać na zdjęciach - bawiłam się całą drogę. I mogę powiedzieć, że bieg był bardzo wyrównany i jeśli tak to można nazwać - "spokojny" - tzn. nie 'zajeżdżaliśmy
się' na ani jednym odcinku. Wiadomo, że organizm zmęczony, wiadomo, że wyczerpująca i długa trasa, ale naprawdę miła. Jedyne co nie do końca się powiodło i zafunkcjonowało to rower siostry - gdzieś na trasie mi zniknęła i dopiero na mecie okazało się czemu - przebita dętka. Miała dzięki temu całą masę przygód, bo z okolicy ok 20 km musiała dostać się na metę. Udało jej się to całe szczęście :)

Podsumowując - co do samego maratonu - do tej pory najlepszy jaki biegłam. Fajna organizacja, miły pakiet startowy, super trasa (ładna, płaska, szybka :)), no i fantastyczne miasto - POLECAM! :)

niedziela, 27 października 2013

Lęk wysokości.

Czy wspominałam już kiedyś, że mam lęk wysokości? Otóż mam takowy. Serce zdecydowanie mi przyspiesza, gdy znajduję się na znacznych wysokościach. I w jakim stopniu to na mnie wpływa? A w takim, ze czuję nieodpartą potrzebę walki z tym. Walki z jednej strony, a z drugiej chęci wywołania mocnych wrażeń - takie uzależnienie od adrenaliny. Wchodzę na punkty obserwacyjne mimo, że jestem później na nich przerażona I najczęściej muszę mieć obok kogoś, kto mnie następnie zmotywuje do zejścia ;) Tak też wylądowałam na ściance wspinaczkowej. Nie jest to może niesamowita wysokość i niesamowity wyczyn, ale dla mnie za każdym razem i każdym wejściem wiąże się to z walką ze sobą i z dreszczykiem emocji :)

A teraz - jak? co? gdzie? i kiedy? Wszystko zaczęło się tak samo jak zwykle: SMS - "K, idziemy na ściankę - masz ochotę?" Hmmm. 5 sekund zastanowienia... - nieeeee...., ok, kłamię - zero zastanowienia... - "Mam ochotę!". Ciekawe czy kiedyś pomyślę w końcu nad postawioną mi propozycją? :D 

Zatem - czas start. Kierunek - Avana, ścianka wspinaczkowa na terenie Kinepolis. Karnet typu: nauka asekuracji + 3 wejścia. Na początek prosto - asekuracja, czyli uczę się jak wiązać odpowiednie węzły - ósemka i podwójna ósemka. Tak, by nie spaść, czuć się bezpiecznie (?:D) i by osoba, którą asekuruję tak też się czuła. Proste. Zapamiętane. Gdybyście mieli ochotę nauczyć się sami w domu - polecam filmik: http://www.youtube.com/watch?v=tFffbkXSgNI. Skomplikowane to naprawdę nie jest :)

Następnie, jak dla mnie też prosta rzecz, sama asekuracja - jak używać karabińczyka i kubka. Gdzie wetknąć linę, jak trzymać, jak wybierać, jak blokować i jak popuszczać. Mimo, że dużo nie ważę udało mi się utrzymać cięższe osoby. Bardzo szybko załapałam ten element :) I chyba sprawiam, że osoby, które się wspinają czują się bezpiecznie.


Następny krok - ja + ścianka + wysokość.... Zaczęłam od ścianki treningowej - takiej dla początkujących, do nauki asekuracji. Dopóki patrzyłam do góry, dopóki uchwyty były duże i miały zagłębienia, dopóty czułam się bezpiecznie. Dotarcie do góry, okrzyk: "Blok" (z pierwszej nauki - ważne dwie rzeczy: 1) pytanie: "Czy mogę się wspinać?" - czyli, czy osoba asekurująca jest gotowa; 2) okrzyk - "blok" - czyli, gdy chcemy schodzić, bądź nie czujemy się pewnie, informujemy osobę asekurującą, by zablokowała nam linę - odpowiedź: "Jest" - powinna być uspokojeniem....) i spojrzenie za siebie w dół. Wpierw - paraliż.... Instruktor krzyczy: "Możesz się puścić" (wolałabym jednak nie...). Taaaa. I co? Puścić, spaść i rozsmarować się na ziemi? Takie miałam wizje. Pierwsze puszczenie ścianki to była prawdziwa trauma. Naprawdę musiałam ze sobą walczyć, by nie krzyknąć, by nie powiedzieć: "Poddaję się! Ściągnijcie tu jakąś maszynę, która mnie zabierze na dół".

Może to śmieszne. W sumie sama się z tego teraz śmieję - pomimo tego, że każde wspinanie wiążę się z lekką obawą, to jednak człowiek się przyzwyczaja, zwalcza instynkty. Jednakże ten pierwszy raz.... - jak pierwszy maraton prawie :D  Gdy już udało mi się siebie przezwyciężyć, gdy się okazało, że osoba trzymająca linę na dole jest w stanie mnie utrzymać, gdy krzyczę: "blok" - ba!, nawet, gdy odpadam od ścianki bez okrzyku i wszystko jest ok - wówczas każde następne wspinanie nie było już walką ze sobą i wysokością, a taką techniczną rozgrywką z trudnością trasy. Tu należy wspomnieć, że trasy mają różne trudności, jeśli chodzi o dotarcie do szczytu. Ale, że jestem bardzo, bardzo początkująca i nie do końca jeszcze ogarniam, to wypowiadać się nie będę :) Udało mi się zaliczyć parę tras III+, chyba jedną IV (albo ze dwie) i tyle :). Nie znam techniki, nie mam specjalistycznego stroju, butów, sprzętu (ogólnie - w ogóle się nie znam), ale zabawa mi się bardzo podoba i zapewne nie raz, czy nie dwa zaliczę wizytę na ściance jeszcze. 

No i jak zawsze na sam koniec - wiem, że krotko, wiem że pobieżnie - ale to początek mojej wspinaczkowej przygody - jeśli lubicie nowości, wyzwania, aktywność fizyczną - POLECAM! :) Chociaż to chyba żadna nowość :P - polecam wszystko co wiąże się z ruchem, aktywnością i sportem :) Zatem - do zobaczenia na ściance? :)

niedziela, 20 października 2013

Pasztetożercy. Odcinek trzeci.


Dziś na tapetę pójdzie RYBA! Ale jaka ryba - zabawę z łososiem czas zacząć. Dziś podejście do pasztetu z łososia z majerankiem :)  I tak jak zawsze - wyszukany w Internecie wzorzec, który uległ przeróbkom. :) Łosoś zakupiony w całości w Tesco ;) - o tyle lepszy, że tańszy i wiadomo jakie mięso będziemy mieli w naszym tworze.







Składniki: 
450-500g świeżego łososia
2 jajka
1 średnia cebula
2 duże ząbki czosnku
bułka tarta (4 łyżki)
świeży majeranek
sól
pieprz
kozieradka
sezam, oliwa z oliwek/olej



Zabawę zaczynamy od przerobienia łososia na formę zdatną do przepuszczenia przez maszynkę do mięsa :) Kroimy w dzwony, zdejmujemy skórę, usuwamy ości i kawałki wrzucamy do maszynki. Mielimy razem z pokrojoną cebulą i czosnkiem. Dorzucamy bułkę tartą oraz żółtka. Dodajemy przyprawy - sól, pieprz, kozieradkę i posiekany świeży majeranek. Jeśli jesteście odważni i nie przeszkadza Wam smak surowej ryby to w tym momencie próbujemy czy dobrze doprawiona :) Jeśli jest inaczej - to musicie zawierzyć intuicji. Całości mieszamy. Białka ubijamy na sztywno i dodajemy do naszej masy pasztetowej. 



Foremkę keksową smarujemy oliwą/olejem (użyłam oleju winogronowego z rozmarynem :)) i wysypujemy sezamem. Pasztet w formie surowej przekładamy do foremki.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni i do takiego wkładamy foremkę. Pieczemy 60 minut. 












Smacznego! 






C.D.N.

Podpowiedź odcinka czwartego: Z Popeye'em na ryby?